hokkaido

Zwiedzamy Hokkaido i… łamiemy trochę zasad

Na Hokkaido pojechaliśmy we czwórkę, mieliśmy wyznaczony plan, który polegał na tym, że każdy z nas chciał zobaczyć jakiś jeden, ważny ze swojego punktu widzenia obiekt. A poza tym ograniczały nas jedynie kilometry i ograniczenia prędkości, a i one nie zawsze. „Nie zawsze” oznacza w tym wypadku, że w pewnym momencie zignorowaliśmy ograniczenie, co skończyło się pościgiem policji, a ten na dobrą sprawę mógł się skończyć dla nas ogłoszeniem upadłości konsumenckiej. Na szczęście dla nas skończyło się tylko pouczeniem. I lżejszą nogą :) Na usprawiedliwienie dodam, że nie ja prowadziłam – ja rozchorowałam się już drugiego dnia wycieczki i właściwie non stop bylam pod wpływem jakichś leków.

Nasz plan obowiązkowy zakładał przylądek Kamui, wizytę w Kościele na Wodzie zaprojektowanym przez gwiazdę architektury Tadao Ando, którego nasi znajomi nazywają swojsko Tadkiem, Jezioro Turkusowe oraz zdobycie jakiegokolwiek szczytu. Po drodze trafiła nam się jeszcze destylarnia whiskey, której część udostępniono zwiedzającym, w dodatku za darmo. W ramach zwiedzania przewidziano również degustację różnych gatunków whiskey i cydrów. Branżowy sklepik był nieźle wyposażony, ale zaskoczyło nas, że ceny były zdecydowanie wyższe niż w Tokio, a Tokio jest już i tak wystarczająco drogie. Wypiliśmy na miejscu ile się dało, kupiliśmy dwa cydry na później i ruszyliśmy w kierunku przylądka Kamui.

Internety nie kłamią

Przylądek Kamui pokazywałam w poprzednim wpisie, ale był tak piękny, że nie zaszkodzi pokazać go jeszcze raz. Sama droga malowniczo ułożona wzdłuż wybrzeża robi już imponujące wrażenie, tam po prostu jest pięknie i naprawdę jest na co patrzeć. Niebieskie niebo, pełne słońce, morze i skaliste klify – normalnie można wiersze pisać, jak ktoś lubi i potrafi :) Sam przylądek to po prostu malusieńki, zielony cypel, wzdłuż którego wyznaczono ścieżkę. Jest pięknie i wygląda tak jak na zdjęciach, a być może nawet lepiej – w tym wypadku internety nie kłamią.

A photo posted by TokyoPongi (@tokyopongi) on

Tadek na wodzie

Po krótkim pobycie w Furano, mieście, które już na zawsze będzie mi się kojarzyć z przenikliwym, zimnym wiatrem, pojechaliśmy zobaczyć perłę japońskiej archiektury, czyli słynny Kościół na Wodzie. Pogoda nie zachęcała do zwiedzania czegokolwiek, wiało i lało, ale łudzilismy się, że jak dojedziemy na miejsce, to w jakiś magiczny sposób pogoda się poprawi. Nic z tego. Lało, być może nawet bardziej niż wcześniej, gdy dojechaliśmy do grupy hoteli położonych w jakimś lasku, w zupełnie dziwacznym miejscu, bo nie było tam nic oprócz hotelowych bloków. Kościół na Wodzie znajduje się na tyłach niewielkiego hotelu, ale jednak gdy weszliśmy do środka, powitało nas mroczne lobby, w którym nie było żadnych ludzi. Żadnych – nawet pracowników. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że kościół jest zamknięty dla zwiedzających, poza ściśle wyznaczonymi godzinami, które nijak nie pasowały nam do „planu” wycieczki. Kolega, któremu najbardziej z nas wszystkich zależało na obejrzeniu kościoła, postanowił powiercić dziurę w brzuchu każdemu po kolei, kto chciał z nim rozmawiać, aż w końcu trafił na osobę decyzyjną. Wiadomo, jesteśmy w Japonii, więc hasła „nie da się”, „nie wolno”, „przyjdźcie później” padły kilkanaście razy, więc w końcu trzeba było wytoczyć najcięższe działa, czyli pokazać legtymację studencką Uniwersytetu Tokijskiego, która zmiękcza nawet najbardziej zatwardziałe serca japońskich służbistów. I voilà! – jak za dotknięciem magicznej różdżki kościół stał dla nas otworem. I dobrze, bo byliśmy tak zdesperowani, że prawdopodobnie byśmy się do niego włamali, gdyby nas nie wpuścili po dobroci 😀

hokkaido kościół na wodzie

hokkaido kościół na wodzie

Jezioro Turkusowe

Takie cuda tam mają! Pogoda nam nieco popsuła optykę, bo zachmurzone niebo zmieniało kolor jeziora, ale tylko sobie wyobraźcie, jak pięknie musi to wyglądać przy pełnym słońcu i błękitnym niebie.

hokkaido blue pond
Te chmury to nie fotomontaż – one naprawdę tak wyglądały.

Japońskie Bieszczady i małe włamanie

Mój mąż uwielbia góry i dla niego wyjazd na Hokkaido był równoznaczny z tym, że pójdziemy w góry i wejdziemy na jakiś szczyt. Pierwsza w góra, w okolice której się wybraliśmy, to Asahidake, najwyższy szczyt Hokkaido. Okolice tej góry przypominają Bieszczady, jest pięknie i sielsko, nie ma nawet zbyt wielu ludzi, ale niestety ci którzy są, skutecznie mącą ciszę dzwonkami odstraszającymi niedźwiedzie. Z daleka brzmią po prostu jak stado owiec 😀 Nie weszliśmy jednak na szczyt Asahidake, mimo że pogoda była optymalna, a podejście na szczyt niezbyt wymagające. Ta góra strasznie śmierdzi siarką (to zresztą wulkan, więc nic dziwnego), ja byłam chora i tego dnia akurat czułam się fatalnie. Do tego nie byliśmy też zbytnio przygotowani na wyjście w góry, na sobie mieliśmy lekką odzież i buty do biegania, zamiast porządnych, trekkingowych.

hokkaido asahidake

hokkaido asahidake

Wejście na szczyt się nie udało, postawnowiliśmy więc zobaczyć pobliski wodospad Hagoromo. Na miejscu niespodzianka – dwa lata temu stokiem zeszła błotna lawina, powalając po drodze kilka drzew. Cały szlak do wodospadu został ze względów bezpieczeństwa zamknięty. Jaki efekt miała ta decyzja dla lokalnej przedsiębiorczości, dobitnie pokazały nam opuszczone sklepy, restauracje i hotele. Wszystko zamknięte, opustaszałe i niszczejące. Ale już staliśmy w ogródku, witaliśmy się z gąską, a do wodospadu zostało śmieszne 500 m… Koniec końców, małe włamanie nie zakończyło się sukcesem, bo pod samym wodospadem trwały jakieś prace budowlane (?), więc woleliśmy się wycofać i nie zwracać na siebie uwagi. Nie zobaczylismy nic i w sumie szkoda, bo ten wodospad jest podobno bardzo piękny :(

Spacer w chmurach

Co nie udało się w słońcu, pięknie wyszło w największą ulewę. Gdy świeci słońce, a widoczność jest dobra, to każdy może się wdrapać na szczyt. Ale w ulewę to już trzeba desperata 😀 Albo czwórkę desperatów, bo w końcu w kupie raźniej. Weszliśmy na szczyt góry Kuro (1984 m.n.p.m), było ciężko, mokro i zimno. Możecie być dumni.

hokkaido kurodake
Taką mieliśmy widoczność.
hokkaido kurodake
Chwila przejaśnienia.
hokkaido kurodake
Na szczycie.

hokkaido kurodake

Pan tu nie stał

Wieczorem, próbuję wyprać i wysuszyć mokre ubrania w hotelowej pralni, która okazała się publiczna, bo można było do niej wejść zarówno od strony hotelowej recepcji, jak i ulicy. Kolejka jak na promocji karpia w Lidlu, ale czekam karnie od godziny, bo walizka pokazała dno i mam realne szanse spędzić kolejny dzień w hotelowym burym wdzianku, które nie jest yukatą (letnią wersją kimono), a raczej kubrakiem, który kojarzy się z idealnym ubraniem do pracy na polu ryżowym. Czekam więc sobie i czekam, a gdy „mój” automat pokazuje minutę do końca, zjawia się chiński turysta, który ignorując imponującą kolejkę, ukradkiem wyciąga jedno pranie i przystępuje do wrzucania kolejnego. Po scenie pod tytułem „co to ma być, pan tu nie stał”, która skutecznie płoszy japońską część kolejki, „burzyciel kolejki” ustawia się na końcu ogonka i nawet grzecznie pyta czy może zająć automat, który akurat przymierza się do końca prania. Nie można było tak od razu?

Poza publiczną pralnią, którą hotel chwali się jak własną, można przyczepić się jeszcze do paru innych rzeczy. Na przykład widywałam już miniaturowe pokoje w hotelach, ale jeszcze nigdy nie widziałam tak małego pokoiku jak tutaj. Wyglądało to jak kabina niewielkej żaglówki – znajomi w swoim pokoju odśpiewali nawet jakieś szanty, a ich pokój był i tak wyraźnie większy niż nasz. Nasz pokój to była po prostu dziura w ścianie. Serio, nie rozumiem skąd taka oszczędność przestrzeni na Hokkaido, na którym chyba nie ma problemu zbytniego zagęszczenia ludności? Czy to wygląda na ograniczoną przestrzeń do życia?

hokkaido furano


A na zakończenie zdjęcie, które nijak nie pasuje do powyższego wpisu, ale bardzo mi się podoba. 😀

hokkaido furano

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

2 myśli na temat “Zwiedzamy Hokkaido i… łamiemy trochę zasad

  1. Może oni mają już tak tę miniaturyzację zakodowaną w głowach, że nawet jak nie ma potrzeby wszystko pomniejszają:) Bardzo ciekawie napisałaś o tym wyjeździe, a te widoki normalnie powalają. Mam nadzieję, że zdrówko jednak szybko do Ciebie powróciło:) Pozdrawiam

  2. Cześć,

    Świetny blog, dzięki za niejedną życiową poradę :) Mam pytanie – za rok wybieram się do Japonii i wstępnie planowałem spędzić 5-6 dni na Hokkaido, a po Twojej relacji zastanawiam się teraz, czy warto… Chciałem zobaczyć Shiretoko (nie jestem pewien, czy w końcu tam trafiliście), Park Narodowy Daisetsuzan i Akkan (Sapporo pominąć, co zresztą wszyscy mi zalecają). Czy uważasz, że taka podróż ma sens? (generalnie chciałem zobaczyć kawałek japońskiej przyrody, która zrobiła na mnie spore wrażenie przy pierwszej podróży).

    Serdecznie pozdrawiam

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close