mandarynki

Zbieramy mandarynki

Wczoraj wybraliśmy się z grupą świeżo poznanych znajomych kilkadziesiąt kilometrów od Tokio, żeby zbierać mandarynki. No… nie do końca to były mandarynki. Owoce, które zbieraliśmy nazywają się w Japonii mikan i właściwie nie występują poza Japonią. Mikan wygląda jak zwykła mandarynka, ale jest dużo słodszy, skórka odchodzi o wiele łatwiej i owoce nie mają w ogóle pestek.

Umówiliśmy się ze znajomymi, że spotkamy się na stacji kolejowej w Isehara, ale gdyby bardzo padało, to zostajemy w domach. Ponieważ musieliśmy dojechać z samego Tokio, mieliśmy najdłuższą trasę do pokonania i z tego względu musieliśmy wyjść z domu o wiele wcześniej niż inni (chwilę po 9 rano) i byliśmy pierwszymi osobami, które decydowały czy wychodzić w deszcz, czy może zostać i pospać do 12. Uznaliśmy jednak, że deszcz nam niestraszny, a poza tym na pewno się przejaśni później. Od razu powiem, że się nie przejaśniło ani później, ani w ogóle, ale na szczęście wszyscy dojechali w komplecie, nikt nie został w domu, co ogólnie nas bardzo ucieszyło.

Nasza grupa składała się z dwójki Polaków (czyli nas), dwóch Amerykanek, z czego jedna była organizatorką i przewodniczką, dwóch Japończyków i Brytyjczyka, który miał kiedyś polską dziewczynę, więc czasem zdarza mu się co nieco zrozumieć z naszej mowy :). Nasza przewodniczka była naprawdę miła, ale niestety mimo tego, że odwiedza pola mandarynkowe przynajmniej raz w tygodniu, do dziś nie pamięta trasy, a coś takiego jak orientacja w terenie, to dla niej abstrakcyjny koncept. Zaczęło się od tego, że już prowadząc nas ze stacji na przystanek autobusów, poszła w przeciwnym kierunku, a następnie (dużo później) już w autobusie pytała nas, na którym przystanku powinniśmy wysiąść. Potem prowadziła nas jakąś polną ścieżką pod górę i zatrzymywała się co chwilę, żeby pokazać nam szczaw, jakieś jadalne (według niej) kwiatki, uciekające kraby i opowiadała mrożące krew w żyłach historie o spadających z drzew pijawkach… brrr…

Po kilku godzinach spacerowania po lesie i jakichś polach, które bardzo przypominało nam klimaty wojny w Wietnamie (czytaj po lewej góry, po prawej pola ryżowe i hektolitry deszczu padającego pod każdym możliwym kątem), dotarliśmy do małej knajpy w górach na lunch. Po lunchu, czyli dopiero wtedy gdy zaczęło się robić dość ciemno, postanowiliśmy w końcu pójść zerwać mandarynki. Dotarliśmy na zbocze góry i po krótkiej wspinaczce, nareszcie mogliśmy dobrać się do owoców :) Dowiedzieliśmy się przy okazji, że mandarynki ścina się nożyczkami, w przeciwnym wypadku można uszkodzić drzewo. Mało brakowało, a nie zapłacilibyśmy za owoce, bo nasza przewodniczka nie potrafiła trafić z pola do domu gospodarza, który to znajdował się 300 metrów od drzew i w dodatku byliśmy tam wcześniej, żeby się przywitać.

Po wszystkim, zmęczeni, mokrzy i głodni pojechaliśmy pociągiem do Machida, żeby wspólnie zjeść kolację w tajskiej restauracji. Ja niestety musiałam zadowolić się suchym ryżem i mandarynkami, ponieważ tajska kuchnia jest dla mnie o wiele za ostra. Warto też wspomieć, że sama restauracja znajdowała się w dość obskurnej alejce i gdybyśmy nie byli w większej grupie, to chyba nie odważylibyśmy się tam wejść. Gwiazdą wieczoru znowu okazała się nasza przewodniczka, która po całym dniu spędzonym z nami, z zaskoczeniem odkryła, że jesteśmy małżeństwem. Widać spostrzegawczość i orientacja w terenie to bardzo mocne strony tej Pani 😀 Na koniec zaproponowaliśmy jej, żeby zmieniła nazwę swojej strony na „Zgubmy się i szukajmy drogi razem”.

Wyjazd ogólnie zaliczamy na duży plus. A dokładnie 4 kilogramy mandarynek na plus, które to mandarynki mój mąż zabrał dziś do pracy, żeby podzielić się z kolegami (to taki japoński zwyczaj, który wymaga, żeby z każdego wyjazdu przywieźć jakieś małe suweniry dla kolegów, którzy nigdzie nie jeżdżą, bo muszą dużo pracować), ale zjadł wszystkie te mandarynki sam, bo koledzy nie pojawili się w pracy. No a teraz twierdzi, że boli go brzuch i to pewnie dlatego, że ma raka. Ot, taka męska wersja „babskiej logiki” 😀

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close