Wiosna, wiosna…

Końcówka stycznia w Tokio przypominała bardziej wiosnę niż zimę. Dużo słońa i temperatury przekraczające 10 stopni sprawiły, że śliwy w parkach lekko zgłupiały i pojawiły się na nich pąki. Wokół drzewek całe stada Japończyków pstrykają romantyczne fotki na facebooka.


Koniec stycznia to także koniec semestru na uniwersytecie, a więc czas na prezentację swoich umiejętności. Dla mnie oznaczało to przygotowanie prezentacji na kurs japońskiego na dowolnie wybrany temat. Ponieważ życie towarzyskie w ostatnim tygodniu stycznia pochłonęło mnie bez reszty, byłam zmuszona swoją prezentację przygotować w pociągu na kolanie (dojazd na uczelnię zajmuje mi ponad godzinę, a więc i tak poświęciłam na nią o wiele więcej czasu niż na niejedną pracę domową w liceum, które to prace taśmowo powstawały na kolanie na przerwie tuż przed lekcją). Podczas prezentacji opowiadałam o Barcelonie, zabytkach i hiszpańskiej kuchni i uczciwie mogę powiedzieć, że moja praca zdecydowanie nie była najgorsza :). Oczywiście nie mogę porównywać się do studentów z Chin, którzy znajomość kanji (alfabetu chińskiego) przywieźli z Chin i mają nieporównywalną przewagę. Jeden taki zrobił prezentację na temat historii powstania jednej z najważniejszych świątyń w Tokio – Meiji Jingu. Przed prezentacją przez blisko 20 minut pisał słowniczek wyrazów trudnych, których użył w prezentacji. Bardzo dobre posunięcie, bo przez to mieliśmy okazję zorientować się o czym mówi, bo niestety samej prezentacji nie sposób było usłyszeć. A to dlatego, że kolega raczył się ubrać w ortalionowy dres, a podczas samej prezentacji wymachiwał rękami na lewo i prawo, co powodowało straszny szelest skutecznie zagłuszający występ. Nie wiem po co było to machanie rękami, no chyba że w jakiś sposób pomaga to na stres związany z publicznymi wystąpieniami.

Na zakończenie kursu wszyscy otrzymali certyfikaty ukończenia kursu. Wszyscy oprócz mnie oczywiście, ale ok, już zdążyłam się przyzwyczaić, że mam zawsze pod górkę. Certyfikatu nie dostałam, bo taki dokument dostaje się w Japonii za obecności, a ja zaczęłam kurs w połowie semestru. Nie pomogło mi nawet to, że pod koniec grudnia odbyłam kurs intensywny, na którym nadrobiłam wszystkie zaległości i że właściwie w porównaniu do mojej grupy nie mam żadnych zaległości, co przyznały same nauczycielki.

W sobotę poszliśmy do kina na Wilka z Wall Street. Nie będę tu oczywiście pisać recenzji samego filmu (który jest naszym zdaniem bardzo dobry), ale chciałam jedynie napisać, że w Japonii ten film wszedł do kin pod koniec stycznia, czyli jakieś 3 miesiące po tym jak zdążyły zobaczyć go w kinie objazdowym nawet najbardziej zapadłe wioski trzeciego świata. Tak tu właśnie jest i nikt nie wie dlaczego. Czekamy jeszcze na Hobbita, za miesiąc może dotrze do Japonii. Dlaczego w Japonii przygotowanie filmów do dystrybucji zajmuje kilka miesięcy, to jest wielka tajemnica. Ale przynajmniej bilety do kina są tanie, a samo kino mamy dosłownie pod nosem. To ostatnie zdanie, to wynik mojego postanowienia noworocznego, według którego w każdej sytuacji doszukuję się pozytywnych stron. Taka gimnastyka dla mózgu :P. Bardzo polecam!

W poniedziałek pogoda wiosenna, a porównując do warunków holenderskich, to można wręcz mówic o lecie 😛 (przepraszam za te ciągłe porównania do Holandii, ale po 11 latach spędzonych w kraju depresji to mój nalepszy punkt odniesienia). A więc wczoraj w Tokio było 17 stopni! Nie obyło się bez pikniku w parku :). Do parków zjechały tłumy Tokijczyków, było bardzo przyjemnie, wiosennie i miło. Dziś jest zdecydowanie mniej miło, za oknem śnieżyca, wichura i 2°C. I znowu ogrzewanie w mieszkaniu chodzi na najwyższych mocach.

A dziś przytrafiła mi się sytuacja jak z czeskiego filmu. Do Tokio przyjechała nasza wspólna znajoma, Japonka, która pracowała kiedyś z moim mężem. Napisałam do niej czy chce się spotkać (znamy się 3 lata), na co ona odpisała, że mają jutro wspólne wyjście z pracy i że na pewno mogę dołączyć. Odpisałam, że poproszę męża, żeby spytał swojego szefa czy mogę przyjść (pytanie oczywiście pro forma, bo wiadomo, że nie odmówi). Na to ona odpisała, że poprosi również mojego męża, aby pozwolił mi przyjść i że ma nadzieję, że mąż jednak wyrazi zgodę i że będziemy mogły się zobaczyć… Teraz sobie siedzę i rozmyślam o wychowaniu japońskich kobiet…

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close