grey

Walentynki z Greyem

Tegoroczne wielkie kombo, czyli Tłusty Czwartek, piątek trzynastego i Walentynki upłynęły nam spokojnie. W Japonii nie ma zwyczaju Tłustego Czwartku, ale postanowiliśmy co nieco się utuczyć w ramach przywiązania do polskiej tradycji. Gdy już zjedliśmy karton pączków z Krispy Kreme oraz pudło czekoladek i ledwo żywi siedzieliśmy na kanapie słuchając polskich patriotycznych pieśni, ponieważ mój mąż przechodzi właśnie przez patriotyczną fazę, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Myśleliśmy, że to nasi sąsiedzi mają już dość słuchania Roty po raz 50, ale nie, kolega przyniósł nam …uwaga! uwaga!… polskie pączki. Prawdziwe polskie pączki w Japonii!

tlusty_czwartek

Co do samych Walentynek, to były już nasze drugie albo nawet trzecie Walentynki w Japonii, więc z pewnością już opisywałam jak ten dzień tu wygląda. Ale przypomnę – jest to przede wszystkim męskie święto, bo tylko mężczyźni otrzymują tego dnia prezenty. Przyjęło się, że ozdobnie zapakowane pudełko czekoladek, które w okolicach 14 lutego potrafi kosztować nawet kilka tysięcy jenów, jest odpowiednim prezentem na Walentynki. Mężczyźni odwdzięczają się 14 marca w tzw. Biały Dzień, wtedy to oni kupują prezenty kobietom. Ponieważ zdecydowana większość kobiet kupuje swoim ukochanym czekoladki, już kilka tygodni przez Walentynkami rusza czekoladowe szaleństwo, sklepy są pełne specjalnie na tę okazję przygotowanych zestawów, przy stacjach pojawiają się specjalne stoiska z czekoladą, a w sieci można trafić na specjalne przewodniki, gdzie kupić najlepsze czekoladki itd.

My tradycyjnie Walentynek nie obchodzimy, w całej naszej wspólnej historii zdarzyła nam się może jedna kolacja walentynkowa, a to i tak był przypadek, bo byliśmy w odwiedzinach u znajomych i to oni gotowali 😉 W tym roku Walentynki wypadły w sobotę, a soboty bez względu na daty staramy się spędzać poza domem. Postanowiliśmy pójść na naleśniki, ale kolejka osób, które wpadła na ten sam pomysł, skutecznie nas odstraszyła i wylądowaliśmy ostatecznie w tajskiej knajpie pełnej randkowiczów (restauracja z tzw. romantycznym widokiem na most i zatokę). Więc to chyba kwalifikuje się jako romantyczny obiad? Potem poszliśmy do kina na „50 twarzy Greya”, mój mąż o dziwo tylko raz przysnął na seansie, a przez pozostałe 20 minut filmu grał w coś na telefonie 😉 . Ja swój telefon niestety zostawiłam w domu… Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, to nie będę Was zniechęcać. Film jest tylko nieco lepszy niż słaba książka, w której Ana (główna bohaterka) to najprawdopodobniej najbardziej bezmyślna, naiwna i pozbawiona charakteru postać w historii literatury (kto choć raz nie marzył o wytarganiu jej za kudły, ręka w górę), a jej wielka miłość, Christian, to klasyczny popapraniec, czyli rozpuszczony, zazdrosny, kontrolujący wszystko egoista. Ich historia miłosna to takie „Pretty Woman” w wersji z dziewicą, a całość opisana tak nieporadnym i ubogim językiem, że czytając książkę miałam wrażenie, że czytam parodię oryginału. Szczerze mówiąc do dziś nie jestem pewna, czy tak właśnie nie było. Nie skusiłam się już na drugą i trzecią część, ale podobno w kolejnych częściach bohaterowie biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie. Nie wiem czy sama książka była jakoś bardzo popularna w Japonii, ale sądząc po tym jak szybko jej ekranizacja weszła do kin, oraz po tym, że sala kinowa była wypchana po brzegi, podejrzewam, że i Japonia nie uniknęła Greyowego szaleństwa. W filmie charaktery bohaterów zostają co nieco wyciągnięte, tzn. Ana ma więcej poczucia humoru, a Christian ma mniej z prześladowcy, na całość wpływa to w stopniu minimalnym, ale do kina można się przejść, żeby zobaczyć o co tyle hałasu.

Aktualizacja pogodowa: w Tokio już czuć wiosnę w powietrzu. Nie jest jeszcze może jakoś bardzo ciepło, ale śliwy już kwitną. Zdjęcia niedługo!

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

7 myśli na temat “Walentynki z Greyem

  1. Cóż wynika z tego, że nic nie straciłam nie czytając tej trylogii :). Już czytałam podobne do tego książki (ale sądząc z opisów bardziej erotyczne :P), ale Grey jakoś mnie nie zachęcił. Może dlatego, że był taki szał na niego? A moje książki chyba nigdy nie były popularne tak jak ta…

    Pytanie czy 14 marca można odnieść jakoś do naszego Dnia Kobiet? Bo im więcej czytam o White Day tym częściej mam takie skojarzenia przez co 14 luego w Japonii kojarzy mi się bardziej z Dniem chłopaka :)

    Fajny blog

    1. Biały Dzień został wymyślony i wypromowany przez japoński przemysł cukierniczy, jako „odpowiedź” na jednostronne obchody Walentynek. Ale faktycznie Walentynki w Japonii bardziej przypominają Dzień chłopaka, a „Biały Dzień” nasz Dzień Kobiet ;). Do czytania „50 twarzy Greya” nikogo nie będę namawiać, bo to naprawdę bardzo zła literatura, no chyba, że ktoś koniecznie chce sobie wyrobić własny pogląd i wiedzieć o co chodzi w tym całym zamieszaniu.

      1. Ekhem, jak będę chciała poczytać cos takiego (tj. odmóżdżyć się) to harlequina obrobię :). Chociaż czytając komentarze, to mam wrażenie, że niektóre lepsze są od tego ;).
        Cóż moja 2 połowa powiedziała, że pod groźbą morderstwa i tortur na to nie pójdzie, to samo kolega z pracy… natomiast słyszałam opinie (znajomych, którzy oglądali), że KLAPS! 50 TWARZY GREYA, grane w teatrach jest całkiem niezłe :) niestety z braku możliwości porzucenia dziecia z kims innym niż Menżu – raczej na ten spektakl sie nie udam – a szkoda

  2. Mam bardzo podobne odczucia co do „50 twarzy Greya” i szczerze mówiąc mi jest szkoda kasy na takie kino. Dostałam tę książkę od znajomych na urodziny, a skoro prezent to cóż – trzeba było przeczytać 😀 I właściwie zgadzam się z Tobą w 100% – postacie płaskie i nijakie, główna bohaterka niebywale irytująca, do tego wszystko napisane w beznadziejny sposób… . Mi się udało w Walentynki zobaczyć „Tajemnice lasu” – musical z Meryl Streep i szczerze mówiąc dość mocno się zawiodłam. Aczkolwiek jest to na tyle ładny wizualnie film, że do kina iść warto. A Walentynki traktuję zawsze jako pretekst żeby zjeść na mieście coś dobrego i sobie nie żałować :) I tym razem był to tori udon :) Pozdrawiam!

    1. W Japonii „Tajemnice lasu” wejdą do kin dopiero za miesiąc. Tu niestety prawie wszystko wchodzi do kin z kilkumiesięcznym poślizgiem (wciąż nie wiemy dlaczego). Tori udonu jeszcze nie próbowaliśmy, ale niech się tylko gdzieś trafi… 😉

  3. A już myślałam, że biedne kobiety nic nie dostają;) Jeśli chodzi o osławiony film jakoś od razu byłam na nie. Nie oglądałam, ale intuicyjnie to dzieło mnie odpychało, jak widać nic nie straciłam.

Odpowiedz na „MaikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close