Zdjęcie 09.10.2014, 22 50 42

Do trzech razy sztuka

Właśnie rozpoczął się semestr zimowy na Uniwersytecie Tokijskim, więc wróciłam na porzucony w poprzednim semestrze kurs japońskiego. Dodam, że porzucony z zimną krwią. Obecnie jestem po raz trzeci na poziomie zerowym. Zdecydowanie nie doszacowałam swoich umiejętności, bo jednak coś tam w głowie po poprzednich kursach zostało. Szybki rzut okiem na podręcznik wykazał również, że w najbliższych, dajmy na to sześciu tygodniach, wynudzę się jak przy czytaniu biografii Mao. Tak, czytałam biografię Mao, chociaż nikt mnie nie zmuszał. I chyba polecam, ale tylko tym, którzy cierpią na bezsenność.

Co prawda na zajęciach zdarzają się pewne urozmaicenia – na przykład siedzę w jednej ławce z dziewczyną, która powtarza na głos piętnaście razy wszystko co usłyszy (jest dorosła, wygląda na zdrową). Albo na wprost mnie siedzi Hiszpan, który dźwięk „ła” wymawia jak „ba”, co w hiszpańskim jest zupełnie naturalne, natomiast w kontekście języka japońskiego jest naprawdę bardzo zabawne. Cząstka „wa” (wymowa ła) określa podmiot i jest to dźwięk, który występuje niemal w każdym zdaniu – na przykład „ja jestem” to „watashiwa”, wymawiane jako „łatasiła”.  A do mnie z naprzeciwka co chwilę dobiega „batasiba”… 😀

Teoretycznie z japońskiego mam już ukończony poziom podstawowy, a w każdym razie skończony podręcznik o wdzięcznym tytule „Japoński przyjemnie i łatwo” (przekład własny). Innymi słowy rozumiem co się do mnie mówi na stacji, jaki mamy dzień tygodnia i która jest godzina, ile kosztuje ta niebieska parasolka oraz umiem zamówić piwo w knajpie i powiedzieć, że jadę autobusem na wycieczkę do Kioto i że na pewno będę się świetnie bawić, bo Kioto jest piękne. Gdybym umiała to jeszcze wszystko zapisać, to z pewnością wybrałabym się na egzamin wstępny na jakimś miejscowym uniwersytecie i podjęła studia, tak jak zrobiłam to w Holandii 12 lat temu. Dodam tylko, że w tamtym czasie, jakieś pół roku po tym jak zostałam zadowoloną z siebie studentką i czytałam dzieła Platona po angielsku, w międzyczasie planując samobójstwo przez wyskoczenie z okna, zaczęło do mnie docierać, że może jednak przeliczyłam się ze swoją znajomością języka. Nauczona tamtym przykrym doświadczeniem, postanowiałam już nigdy więcej się nie przeliczać. Tym oto sposobem powtarzam japońską zerówkę po raz trzeci.

Nie wiem czy wspominałam, że kurs japońskiego jest mi łaskawie oferowany za darmo przez Uniwersytet Tokijski. Każdy student, pracownik i rodzina pracownika uniwersytetu, może pobierać nauki japońskiego na uczelni. Kursy są przypisane do wydziału, na którym się studiuje czy pracuje, dlatego też można się zapisać na kurs tylko i wyłącznie na „swoim” wydziale. Mój mąż pracuje na wydziale bioinżynierii, fizyki i kilku innych mądrych rzeczy, które rozumie on sam i być może paru kolegów z jego pracy, więc ja mogę skorzystać z kursu japońskiego oferowanego tylko i wyłącznie przez ten konkretny wydział. Piszę o tym po to, żeby Wam pokazać, że każda osoba na moim kursie japońskiego studiuje lub zajmuje się czymś poważnym i bardzo mądrym i ja w sumie jako „żona domowa” średnio tam pasuję. Ale postanowiłam się tym nie przejmować i moja oficjalna wersja we wszystkich rozmówkach typu „powiedz coś o sobie” jest taka, że studiowałam zarządzanie innowacjami, co generalnie jest prawdą, mimo tego że to studiowanie już się dokonało jakiś czas temu i w innym kraju. Och, takie tam szczególiki 😀 Oczywiście ani słowa o byciu gospodynią domową. Japońskie słowo shufu (oznacza gospodynię domową właśnie) nie przechodzi mi przez gardło, zresztą to słowo w ogóle mi się jakoś nie podoba… Wiem oczywiście, że to klasyczny syndrom wyparcia i doprawdy to bardzo smutne, że nie zamierzam nic z tym zrobić 😀

Nasza grupa jest dość ciekawa, mocno europejska z wyraźną nadreprezentacją Szwedów. Niby limit wynosił 15 osób, ale jest nas około 40, czyli spokojnie można stworzyć z tego jakiś mały oddział. W sam raz na misję stabilizacyjną na wschodzie :) . Z tego co pamiętam z zeszłego semestru, grupa rozmnaża się przez pączkowanie, czyli co tydzień będą się zjawiać po dwie nowe osoby i mniej więcej w połowie kursu, gdy na dobre zacznie się chiński alfabet (kanji), ponad połowa dzielnych kursantów zachoruje, wyjedzie (tak jak ja w zeszłym semestrze), lub będzie bardzo zajęta czymś innym. Ja tym razem muszę wytrwać, bo obiecałam sobie, że przyniosę z tego kursu „dyplom ukończenia kursu” z pieczątką uniwersytetu. Do tej pory mi się to nie udało, bo tu dyplomy dostaje się za obecności, a zbieranie obecności, znaczków, podpisów czy pieczątek jakoś nigdy nie było moją mocną stroną. Ech… Trzymajcie kciuki, żeby tym razem się udało!

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

5 myśli na temat “Do trzech razy sztuka

  1. Czesc! Znalazlam Twoj blog przez przypadek. Bardzo fajnie piszesz:) ja tez mieszkam w tokio (juz od pieciu lat prawie) i pomyslalam ze fajnie by bylo poznac ludzi z Polski w JP! Ja tez na razie jestem shufu i baaaardzo dobrze rozumiem Twoja awersje do tego slowa:)
    Moze pomejlowalybysmy albo spotkaly gdzies kiedys na kawe?:)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close