Strefa Zdemilitaryzowana

Strefa zdemilitaryzowana (DMZ)

Wzgórze 395, 6 października 1952.

Nad doliną Yokkok-chon zachodziło słońce. W ostatnich promieniach ciepłego październikowego dnia niedaleka równina Cheorwon układała się do niespokojnego snu. Jeszcze chwila i wzejdzie księżyc – trzy dni temu była pełnia – i zaleje jasną metaliczną poświatą wszystko to, co w ciągu dnia nie pozwalało zapomnieć, o tym, gdzie się znajduje. Ze szczytu 395-metrowego wzgórza wrzynającego się w równinę, porucznik Kyung-soo Choe wpatrywał się w ciemniejący horyzont. I próbował zapomnieć gdzie jest. Tylko wróć żywy… wciąż dźwięczały mu w głowie słowa siostry, która żegnając go dwa dni temu, gdy cofnięto mu przepustkę, starała się zachować twarz i nie zdradzić, że zaraz się rozklei.

Nie, nie zapomniał gdzie jest. Od kilku godzin, przypominali mu o tym jego koledzy z 213. i 955. Batalionu Artylerii Polowej, którzy co chwilę wstrzeliwali się swoimi 155 milimetrowymi haubicami w cel. I napięcie, które towarzyszyło całej 9. Dywizji Piechoty od kilku dni. Od 3 pażdziernika, kiedy wzięto do niewoli oficera z 340. Pułku 114. Dywizji, 38. Armii Chińskich Ochotników Ludowych, który poddał się, gdyż nie chciał ginąć w planowanym szturmie. A potem było juz tylko gorzej. Cofnięto przepustki, oficerowie stali się bardziej krzykliwi, żołnierze jeszcze bardziej umacniali solidne okopy, zwiększono liczbę patroli, i czuć było w powietrzu niepokój. Ten parszywy nastrój udzielił się także tym w sztabie. A przynajmniej tym razem poważnie się przestraszyli, gdyż przysłali wsparcie 53. Szwadronu Pancernego Armii Stanów Zjednoczonych. Popatrzył ostatni raz na ciemną dolinę. Z pozycji piechoty poniżej nie dochodziły żadne odgłosy. Tu gdzie stał, osłoniety zwietrzałą skała od reszty swojego oddziału, nie słyszał odgłosów z dołu, ale wydawało mu się, że czuje niepokój kolegów. Było tutaj tak cicho. Sześć mil na północ od 38. równoleżnika. Za cicho…

Bitwa o Wzgórze 395 rozpoczęła się 6 października 1952 roku, około godziny 19. Bitwę poprzedziło bombardowanie domniemanych pozycji zgrupowań oddziałów Armii Chińskich Ochotników Ludowych. Chińczycy odpowiedzieli otwarciem zapory, oddalonego o 11 km na północ, zbiornika wodnego Pongnae-Ho w celu spiętrzenia rzeki Yokkok-chon i odcięcia 9. Dywizji Piechoty Armii Republiki Korei Połudiowej (ROK) od 2. Dywizji Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych, oraz zaatakowali pobliskie Wzgórze 281, aby związać siły Batalionu Francuskiego ONZ. O 19:15 cztery kompanie chińskiego 340 Pułku zaatakowały 10 Kompanię ROK stacjonującą na północno-wschodniem zboczu Wzgórza 395 ponosząc duże straty. Przez kolejne 9 dni przewaga ogniowa artylerii i sił bliskiego wsparcia lotniczego ROK i ONZ, równoważyła zaciekłe ataki chińskiej piechoty. Chińczycy nie liczyli się ze stratami i byli bardzo zdeterminowani, aby zdobyć wzgórze, co zapewniłoby im pełną kontrolę nad tzw. Żelaznym Trójkątem, czyli strategicznym węzłem komunikacyjnym pomiędzy miastami Pyonggang, Gimhwa-eup i Cheorwon, przerwałoby linie zaopatrzeniowe ROK i otworzyłoby drogę na Południe. W wyniku zaciętych walk wzgórze przechodziło wielokrotnie z rąk do rąk. W ostateczności rankiem 15 października 1952 roku, po 10 dniach zmagań i 28 chińskich szturmach i kontratakach, siły ROK ostatecznie odparły wroga. Straty Koreańczyków wyniosły 3422 żołnierzy (według źródeł chińskich 9400, w tym prawie 7000 zabitych). Chińczycy stracili 6700 żolnierzy (według źródeł połudiowo-koreańskich: łączmie 14332 żołnierzy, w tym 8234 zabitych, 5097 przypuszcalnie zabitych, 1001 rannych, i 57 wziętych do niewoli). Amerykanie wspierający Koreanczyków zrzucili ponad 2700 bomb i 358 ladunków napalmu na wzgórze. Chińczycy oddali ponad 55 tysięcy salw artyleryjskich, na co Koreańczycy odpowiedzili 185 tysiącami salw. W wyniku 9 dniowych walk Wzgórze 395 zostało poorane kraterami po pociskach, roślinność porastająca zbocza została zniszczona, a samo wzniesienie zaczęło przypominać kształtem białego konia. Odtąd nazywa się Wzgórzem Białego Konia, Baengma-goji. Również 9. Dywizja Piechoty przybrała przydomek Dywizji Białego Konia.

Do wyboru miałem – albo piątkowe zwiedzanie wszelkich sklepów kosmetycznych w promieniu póltora kilometra, albo wyjście z hotelu bladym świtem (czyli o porze, o której czasami zdarza mi się kłaść do łózka), bez śniadania, i udanie się pierwszym napotkanym środkiem transportu na Północ. Po co na Północ? Nie, nie planowałem prosić Umiłowanego Przywódcy o azyl polityczny, mimo ostatnich zawirowań politycznych, ale chciałem zwiedzić strefę zdemilitaryzowaną (DMZ), czyli powstały w 1953 roku 238- kilometrowy pas ziemii niczyjej o szerokości 4 km rozdzielający Koreą Północną od Południowej. Wprawdzie nazwa sugeruje, że nie ma w tej strefie broni, jednak w rzeczywistości po obu stronach linii demarkacyjnej stoją naprzeciw siebie uzbrojone po zęby armie, a w samej strefie znajduje się nawjększe na świecie pole minowe.

Jednodniową wycieczkę rozpocząłem na głowej stacji kolejowej Seulu, gdzie kupiłem bilet na specjalny DMZ-pociąg, który dowozi turystów w pobliże granicy. Do najbardziej znanego punktu granicznego w Panmundżom, gdzie stoją naprzeciw siebie żadnarmi Korei Południowej i żołnierze Północnej, nota bene jedynego miejsca, gdzie żolnierze obu stron mają ze sobą bezpośredni kontakt, nie udało mi się dostać, gdyż należy 2-3 dni przed planowanym wyjazdem zarezerwować miejsce w zorganizowanej wycieczce. Pozostało spontaniczne zwiedzanie. Kupiłem bilet na wcześniejszy z dwóch pociągów, który codziennie zawozi turystów do Baengma-goji w poblizu strefy DMZ. Było wcześnie, zimno, bardzo zimno i sennie. Po godzinnym oczekiwaniu na pociąg (na dworcu byłem za wcześnie), zająłem miejsce w krótkim składzie, którego ściany ozdobione były pacyfistycznymi hasłami i mniej pokojowymi symbolami.

Strefa Zdemilitaryzowana

Po chwili dołączyła rozradowana grupka starszych Koreańczków, którzy po kilku minutach wyciągnęli przysmaki z toreb i rozpoczęli piknik. Ogrzewanie w pociągu, przełączone w tryb rozmrażania wiecznej zmarzliny, wkrótce (czyli w ciągu 5 minut) spowodowało, że zrobiło się sennie. Chociaż to pewnie doświadczenie wyniesione z tysięcy kilometrów przebytych japońskimi pociągami, dzięki któremu nauczyłem się zapadać w komunikacyjną drzemkę do 30 sekund po zajęciu miejsca. Obudziło mnie szturchanie w ramię, a gdy otworzyłem oczy zobaczyłem przed sobą jednego ze starszych panów, który podawał mi worek czegoś ciepłego. Zanim obudziłem się na tyle, aby zrozumieć co się dzieje, dziękowałem Panu za niespodziewany podarunek. Okazało się, że było to ciasto ryżowe (tak mi się przynajmniej wydaje), solidny półkilogramowy kawał ciasta.

Zanim przełknąłem pierwszy kęs, kolejny współpodróżny wręczył mi papierowy kubek i podzielił się ze mną wrzątkiem, który miał w termosie, i kawą rozpuszczalną.

Co się dzieje? Nie zdążyłem dojść do żadnych wniosków, gdy już trzymałem w dłoniach pasek czegoś, co wyglądało jak suszone mięso. Próby dowiedzenia się, z jakiego stworzenia to mięso pochodzi, spełzły na niczym, gdyż znajomość angielskiego mojego rozmówcy była porównywalna do mojej wprawy w Koreańskim, czyli żadna. Na szczęście kolejny staruszek zaoferował pomoc tłumacza i dowiedziałem się, że skonsumowałem suszonego suma. Mogło być gorzej.

Jedziemy więc, im blizej DMZ, tym wiejski krajobraz stawał się bardziej monotonny – farma, farma, jednostka wojskowa, farma, jednostka, jednostka, farma, farma, jednostka w środku farmy, farma… Ukoronowaniem dwiuipółgodzinnego wleczenia się pociągiem (pozdrawiam wszystkie koreańskie ślimaki, które radośnie machały mi, gdy wyprzedzały nasz pociąg) była najdalej na północ wysunięta stacja kolejowa (stacyjka to też trochę za dużo powiedziane) Baengma-goji i tablica z przesłaniem.

Ok, wszystko fajnie, ale ani tu strefy nie widać, ani żywego ducha. Nikt nie mówi po angielsku, chociaż z drugiego wagonu właśnie wychodzi dwójka bladych twarzy (później się okazało, że Amerykanka i Kandyjczyk), wiec przynajmniej nie będe sam zagubiony. Idę za ludzmi. Podchodzimy do drewnianej budki, gdzi emusze wpisać do zeszytu swoje dane kontaktowe i zapłacić za bilet. Bilet dokąd? Nie wiem. Ale stoją 2 autobusy, widzę, że wszyscy z pociągu się już do nich zapakowali. Idę i ja. Jedziemy w nieznane. Po krótkiej podróży autobusy zatrzymują się przed budynkiem. Przewodnik mówi po koreańsku, na budynku napisy również po koreańsku.

Wysiadamy i wchodizmy do budynku. W środku połączenie stołówki zakładowej z salą konferencyjną związku zawodowego. W której Korei jesteśmy?

Przynajmniej nie będzie głodno – dają jedzenie. Biorę tacę i ustawiam się ze wszystkimi. Nie wszystkie warzywa rozpoznaję, ale widzę kimchi. Jest też kurczak i smażone ziemniaki. Zagaduję do bladych twarzy. Siadamy razem. Kimchi wreszcie ostre, i nagle ziemniak rzuca mnie na podłogę. Smak dzieciństwa, nie jadłem tak dobrych od lat 80-tych…

Strefa Zdemilitaryzowana

Podjeżdzamy pod zrujnowany budynek. Okazuje się, że tu jednak była Korea Północna, zanim linia frontu się ustabilizowała. Przed nami zniszczony budynek Partii (oczywiście komunistycznej). I dobrze, że zniszczony. Północni towarzysze ćwiczyli radziecki sposób – im ich więcej komunizmu było na danym terenie, tym więcej ludzi nie wracało z Domu Partii, i tym więcej dołów na podwórzu. Kilku Koreańczyków nieśmiało zagaja, zaczynamy rozmawiać. O polityce, o historii, o ich życiu…

Strefa Zdemilitaryzowana

Jedziemy dalej. Zaczyna się robić poważnie, gdy autobus slalomem mija beczki i zatrzymuje się przed chekpointem. A tam dużo młodych żołnierzy z dużymi karabinami. Jeden z nich wchodzi do autobusu z listą pasażerów i liczy obecnych. Teraz wiem po co były dane osobowe podczas zakupu biletów. Sprawdzanie pasażerów trwa kilkanaście sekund, ale od teraz towarzyszy nam jeden z żolnierzy.

Kolejny przystanek to most elektrycznej kolei wąskotorowej, wybudowanej jeszcze przez Japończyków. Most donikąd, gdyż trasa kolejki została przecięta przez granicę dwóch krajów, które wciąż są w stanie wojny, więc o żadnym przewozie towarów nie ma mowy. Pozostały tylko niespodzianki w krzakach, przed eksploracją których przestrzega stosowny napis i całkiem sprawny nowoczesny drut kolczasty.

Strefa Zdemilitaryzowana

Tuż obok mostu jednostka wojskowa, której wartownicy salutują przejeżdzającemu autobusowi. Zostaliśmy poinstruowani, że nie można robić zdjęć. Wspinamy się na kilkumetrowy wał przeciwczołgowy. Co kilka metrów stanowisko dla załogi karabinu maszynowego, w dole rów i betonowe zapory dla czołgów, zaorany pas ziemii, płot, znowu rów i coś co wyglada dość niewinnie jak trawnik po roundup’ie. Pewnie nafaszerowany minami przeciwczołowymi. Kilku starszych Koreańczyków (w zasadzie to wszyscy byli co najmniej 2.5 raza starsi ode mnie) strzela zdjęcia z biodra. Jeśli wejdziesz między wrony… zachęcony również narażam się na sąd polowy i tryb doraźny.

Strefa Zdemilitaryzowana

Kolejny checkpoint i po chwili siedzimy już w gondoli kolejki jednoszynowej, która po szaleńczej dwuminutowej jeździe (tutaj pozdrawiam z kolei okoliczne żółwie, które raczyły być na tyle uprzejme, że nie śmiały się ro rozpuku z naszej szaleńczej jazdy) dowozi nas na szczyt wzgórza, gdzie mieści się Obserwatorium Pokoju.

Z platformy widokowej roztacza się panorama pustej i płaskiej równiny Cheorwon, DMZ i łańcucha wzgórz. Przed nami 4 km królestwa zwierząt i kilkaset kilometrów królestwa Kimów. Ciekawostką jest, że strefa (zde)militaryzowana stała się azylem dla setek gatunków zwierząt, które nieniepokojone przez ponad 60 lat, bezsprzecznie zostały jedynym zwycięzcą walk i suwerenem tego obszaru.

W środku obserwatorium zainstalowane są lornetki, przez które podobno można zobaczyć twarze północnokoreańskich żólnierzy. Nie próbowałem. Z otwartego zewnętrznego tarasu nie można robić zdjęć (o czym przypominają stosowne tabliczki) gdyż teleobiektywy mogą zostać uznane, przez obserwatorów z reżimu Kima, za broń. Zza przysłowiowego winkla, kryjąc się przed potencjalnym ostrzałem, udało mi się niepostrzeżenie zrobić kilka zdjęć. Zaryzykowałem międzynarodowy konflikt i rozpoczęcie III Wojny Światowej. Ufff, udało się… Dzień wcześniej doszło do potyczki u wybrzeży i Południe ostrzelało północnokoreanśką kanonierkę, która udawała kuter rybacki. Stąd uwaga oka Saurona z Pyongyangu skierowana była gdzie indziej.

Strefa Zdemilitaryzowana

Ostatnim przystankiem było wzgórze Białego Konia. A dokładnie to pobliskie wzgórze położone na południe od właściwego, gdyż do dzisiaj na wzgórzu Białego Konia znajdują się instalacje wojskowe ROK. W drodze na szczyt Koreańczycy oddali hołd pamięci poległych żołnierzy,  których nazwiska wyryte są na obelisku, zwiedziliśmy małe muzeum poświęcone bitwie, przeszliśmy obok wysokiego pomnika o dość czytelnej dla mnie symbolice i dotarliśmy do małej kapliczki z dzwonem. Z tego miejsca widać wzgórze Białego Konia, tuż za nim południową granicę DMZ, a w oddali wzgórza Korei Północnej.

I w tym momencie moje przypuszcenia dotyczące średniej wieku wycieczki okazały się słuszne. Większość ludzi, z którymi spędziłem dzień, było uczestnikami tej jednej z najkrwawszych bitew wojen na półwyspie koreańskim. Część regularnie odzwiedza miejsce, gdzie stracili przyjaciół, inni przyjechali aż z Australii, do której wyemigrowali, gdy udało im się uciec z terenów, które zostały wcielone do Korei Północnej, aby pewnie po raz ostatni w życiu zadumać się nad losem kraju swojego dzieciństwa.

Emerytowany kapitan Kyung-soo Choe ukradkiem otarł łzę. Popołudniowe słońce jednego z ostatnich słonecznych październikowych dni nie dawało wprawdzie zbyt wiele ciepła, ale raziło oczy. Ale nie z powodu światła przymknął powieki. Znowu usłyszał odgłosy dziewięciodniowego piekła. Krzyki rannych i umierajacych, coraz cichsze, a później tę pustkę, która brzmiała w uszach, gdy w napięciu czekał na kolejny atak Chińczyków. Zobaczył cień skradającego się wroga, który przesłonił słońce. I suchy metaliczny odgłos uderzenia iglicy, która trafiła w pustkę… Otworzył oczy. Obok niego stał samotny turysta z dalekiego kraju, również doświadczonego graniczeniem z komunistycznym rajem. Robił zdjęcia wzgórza Białego Konia. Suchy odgłos migawki przerywał ciszę. Jako ostatni zeszli ze wzgórza. Każdy z nich niósł swoją cząstkę pamięci o historii, która miała tu miejsce. Kapitan Kyung-soo Choe dotrzymał obietnicy. Był 30. października 2015 roku.

*historia i postać porucznika Kyung-soo Choe jest fabularyzowana, chociaż oparta na wydarzeniach mających miejsce podczas bitwy Baengma-goji.

**Forma wpisu jest inspirowana Blogiem Biszopa (blogbiszopa.pl). Mam nadzieję, że Autor powróci do pisania.


Źródła:

  1. “A hill called White Horse”, Military History Online, http://www.militaryhistoryonline.com/korea/articles/whitehorse.aspx
  2. Fragmenty książki “A hill called White Horse: A Korean War story”, Anthony Sobieski.
  3. Portal poświęcony strefie zdemilitaryzowanej – http://www.korea-dmz.com/en/h/bw/hbw100_en.asp
  4. Strona Wikipedii poświęcona Bitwie o Wzgórze Białego Konia – https://en.wikipedia.org/wiki/Battle_of_White_Horse
Pong

Pong

Bardzo zapracowany naukowiec bez chwili dla siebie. Ma tak mało czasu, że raczej nie spotkasz go na blogu. Zapalony fotograf, autor zdecydowanej większości zamieszczonych tutaj zdjęć. Jego główne hobby to kolekcjonowanie kabli, hobby poboczne to prostowanie światopoglądów innych ludzi. Marzy o emeryturze w wieku 40 lat i spokojnym życiu gdzieś na włoskim wybrzeżu. Lubi podróże i gotowanie. Nie ma takiej potrawy, której by nie spróbował, dżdżownic po chińsku nie wyłączając.

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close