sigapur

Singapur dniem i nocą

W poprzednim wpisie opisałam bardzo pobieżnie nasze ogólne wrażenia z Singapuru. Dziś natomiast napiszę co nieco na temat temat tego jak Singapur wygląda nocą, ale nie tylko. Już sam nasz wyjazd był bardzo emocjonujący, a to z powodu spraw wizowo-paszportowych. Prawo Singapuru wymaga, aby przy wlocie do tego kraju mieć już wykupiony bilet powrotny, a paszport powinień być ważny przez co najmniej sześć miesięcy od planowanej daty wyjazdu z Singapuru. Uwaga! Wyjazdu, a nie wjazdu jak jest w większości krajów.

Ważność paszportu mojego męża kończyła się dokładnie jeden (!) dzień przed planowanym powrotem z Singapuru, ale to wystarczyło, aby na jego bilecie wydrukowano czerwoną i pogrubioną czcionką, że oto właśnie wystąpiły problemy z dokumentami i polecono mu zgłosić się do odprawy jak najszybciej, gdzie następnie zmuszono go do podpisania oświadczenia, że leci do Singapuru na własną odpowiedzialność, a w przypadku gdyby singapurskie służby imigracyje odmówiły mu wjazdu, nie będzie dochodził żadnych roszczeń od szacownych linii Singapore Airlines. Dużo później dowiedzieliśmy się też, że urzędnicy imigracyjni w Singapurze raczej nie robią problemów turystom, ale zdarza się, i to wcale nierzadko, że to właśnie linie lotnicze nie odprawiają pasażerów i odmawiaja wpuszczenia na pokład. Uważam, zupełnie otwarcie, że to dziadostwo, bo linie już w momencie sprzedaży biletu doskonale wiedzą jaką ważność ma paszport potencjalnego pasażera, a mimo to sprzedają taki bilet (z informacją wybitą na czerwono, że jest problem z dokumentami), pobierają opłatę (oczywiście!), a potem już bez żadnych skrupułów odmawiają odprawienia i wpuszczenia na pokład! Nam się na szczęscie udało, więc nie będziemy drążyć tematu.

Po 6 godzinach lotu wylądowaliśmy na lotnisku Changi, które to zostało ogłoszone najlepszym lotniskiem na świecie w 2013 roku. W Singapurze przygotowania do Świąt w pełni, wszędzie widać przepiękne świąteczne dekoracje. Tuż przy lotnisku były chyba palmy obwieszone wielkimi bombkami. Bardzo interesujący widok. Na zewnątrz czekał nas żar tropików, 36° C i stuprocentowa wilgotność. Grudzień to czas zimowego monsunu, więc deszczowa lawina spadająca nagle z nieba, nie jest w tych dniach niczym niezwykłym. Już pierwszego dnia udało nam się zobaczyć przesuwającą się ścianę wody, na szczęście oglądaliśmy ją zza szyby pokoju hotelowego :)

Pierwsze dni minęły nam dość spokojnie, ja zwiedzałam miasto i liczne galerie handlowe ze znajomą, a szacowny małżonek odbywał wykłady na uniwersytecie. Udało mi się zwiedzić większość polecanych turystom miejsc, ale niestety nie ma ich zbyt wiele. Poza dość oczywistym „rybo-lwem”, który jest symbolem Singapuru i w dodatku okazał się całkiem niemałym rozczarowaniem (ta figurka jest sporo mniejsza niż się wszystkim wydaje!), urokliwą mariną czyli sztuczną zatoczką gdzie stoi rybo-lew, dzielnicami: chińską, hinduską i arabską, gdzie można jeszcze dojrzeć stare, kolonialne budynki, nie za bardzo jest co zwiedzać. Oczywiście można jeszcze się wybrać do Muzeum Kultur Azjatyckich, które jest naprawdę dobre. Muszę przyznać, że sama nie spodziewałam się po tym muzeum zbyt wiele, ale postanowiłam się wybrać zachęcona przez pewnego polskiego podróżnika-blogera-redaktora, który na swojej stronie internetowej swój pobyt w Singapurze oraz liczne atrakcje, podsumował mniej więcej tak: (cytat z pamięci) „kapitalne miejsce, kapitalne miasto z kapitalnym muzeum z kapitalnymi zbiorami”. Przy tej okazji pragnę uprzejmie poinformować, że następna osoba, która w mojej obecności użyje słowa „kapitalnie” lub jego jakiejkolwiek odmiany, może zostać skrzywdzona :). Niemniej jednak muzem jest bardzo ciekawe, interaktywne, przedstawia kultury całej Azji, co prawda dość poglądowo, ale przy takim ambitnym zamierzeniu i tak jest nieźle. Muzeum przedstawia kultury różnych krajów, od Chin po Turcję, kawał dobrej historyczno-kulturalnej roboty, warto odwiedzić i naprawdę bardzo, bardzo polecam.

Wybrałam się również do dość słynnych ogrodów botanicznych, czyli Gardens by the Bay. Zdjęcie poniżej przedstawia właśnie futurytyczną architekurę ogrodów oraz ich część zewnętrzną. Pod szklanym kopułami znajdują się wystawy tematyczne i coś jakby dżungla. Części zewnętrznej niestety nie zwiedziłam, bo było za gorąco (40°C to nie jest temperatura odpowiednia dla kogoś, kto się wychował we względnie chłodnym klimacie). Część tematyczna to była niestety porażka i strata czasu. Pewnie sobie zaraz pomyślicie, że ja tylko potrafię zrzędzić i nic mi się nigdy nie podoba, ale za jakieś 15 dolarów singapurskich kupiłam wstęp do hali gdzie oglądałam pomidory, paprykę, kapustę i tzw. gwiazdy betlejemskie w doniczkach, ustawione w różne wymyślne, oczywiście świąteczne kształty. Raczej marna rozrywka dla dorosłej osoby. Drugi pawilon był już o wiele ciekawszy, ale raczej nie ze względu na rośliny. Urządzono tam dżunglę, której pozwolono rozrosnąć się na czymś co przypominało wielką odwróconą do góry nogami donicę. Wjeżdżało się windą na górę (mniej więcej na 10 piętro) i następnie schodziło w dół ścieżką spacerową zawieszoną w powietrzu, ułożoną w kształcie serpentyny. Wszystko oczywiście w przeszklonym pawilonie, z którego roztaczał się niezły widok na marinę i dzielnicę finansową Singapuru. Niezłe, ale tak jak wspomniałam, wcale nie ze względu na rośliny.

Zakupów chyba specjalnie polecać nie trzeba, ale jeśli ktoś bardzo lubi, to Singapur będzie wprost wymarzonym miejscem do pozbycia się pieniędzy. Nigdzie nie wydaje się ich w piękniejszym i milszym otoczeniu niż tu :) Wiem od znajomych Indonezyjczyków, że Singapur jest ich ulubionym miejscem na zakupy, bo jest blisko i tanio. Nie wiem jak się mają ceny w Singapurze do tych w krajach sąsiednich, ale porównując z Japonią, wszystko jest o wiele tańsze (swoją drogą, zna ktoś taki kraj, w którym nie jest taniej niż w Japonii?). Jeśli ktoś woli rozrywki kulinarne, to tu też raczej nie będzie miał na co narzekać. Mnóstwo restauracji z całego świata, duże porcje i z reguły niedrogo. Szczególnie polecamy kraby! Ciekawostką są tzw. hawker center, czyli zadaszone pawilony, w których obok siebie znajdziemy kilka do kilkunastu budek z różnym jedzeniem i możemy zamawiać małe porcje za kilka dolarów (najmniej za 3 dolary singapurskie) i w ten sposób zjeść obiad chińsko-japońsko-tajsko-jakiś-tam.

Jeśli ktoś lubi wieczorne spacery, to zapraszamy na Clarke Quay. Quay dosłownie znaczy nadbrzeże, czyli jak pewnie słusznie zauważyliście, Clarke Quay to są po prostu bulwary nad rzeką. Przepiękna, miejscami zabytkowa architektura, mnóstwo urokliwych knajpek i restauracji, tłumy spacerowiczów, turystów, młodzi ludzie na mostkach popijający tani alkohol z supermarketów (w knajpach alkohol jest  bardzo drogi), wszystko przepiękne, zadbane i czyste. Zupełnie jak w Niemczech 😀 Mąż był zachwycony, ja mniej, bo akurat nie lubię gdy wszystko wygląda jak z magazynu dla bogatych emerytów-turystów. Ale Clarke Quay robi wrażenie, jest to przyjemne miejsce na kolację czy drinka, ale uwaga! jest drogo. No ale zawsze można na tym mostku usiąść i wypić piwo z puszki :).

Miłośnicy życia nocnego też nie będą się nudzić, ale tu już warto wiedzieć gdzie pójść. Nasz przedostatni wieczór w Singapurze to była wizyta w barze na 33 piętrze któregoś budynku w dzielnicy finansowej, z którego rozciąga się przepiękny widok na Singapur. A następnie dyskoteka z muzyką graną na żywo przez Filipińczyków, bardzo gorąco polecana przez naszych znajomych, którzy wmawiali nam przez cały wieczór, że nie ma lepszych artystów niż Filipińczycy. Po dotarciu na imprezę (Orchard Towers i to raczej nie jest nazwa, którą chcecie zapamiętać) okazało się, że nie mogę wejść, bo nie mam przy sobie dokumentów. Na nieletnią nie wyglądam, okazało się więc, że Panowie przy wejściu sprawdzali moje pozwolenie na pracę. Uratowało mnie to, że byłam w większej i do tego wyraźnie turystycznej grupie. Na samej imprezie była muzyka na żywo i to właściwie była jedyna rzecz, która zgadzała się z opisem znajomych. Reszta jakoś niezupełnie. Pierwsze co rzucało się w oczy to poteżna dysproporcja płci, na około 30 mężczyzn na dyskotece przypadało około 200 pań i zdecydowana większość z nich, a może nawet i wszystkie, były tam niewątpliwie …w pracy. Szczegółowe opisy tej pracy sobie podaruję, ale wierzcie mi, nie był to najprzyjemniejszy widok. Znajomi, którym opowiadaliśmy później tę historię stroili sobie żarty, ale naprawdę nie ma nic śmiesznego w dziewiętnastoletniej dziewczynie obmacywanej przez starego, obleśnego turstę, którego poznała jakieś 3 minuty wcześniej. Ogólnie dość smutne, mimo tanecznej muzyki granej na żywo.

Ostatni dzień w Singapurze poświęciliśmy na przyspieszone zwiedzanie chińskiej i arabskiej dzielnicy. W arabskiej dzielnicy złapała nas tropikalna burza, schowaliśmy się w pakistańskiej knajpce. Czekając na koniec ulewy, popijając lasshi (napój owocowy z mlekiem) po raz pierwszy w życiu usłyszeliśmy muezina nawołującego wiernych do modlitwy. W Holandii, gdzie mieszkałam 11 lat i gdzie jest sporo meczetów, zarówno minarety jak i śpiewy muezina są zakazane, a więc nigdy nie miałam okazji usłyszeć tego na żywo. W Singapurze się w końcu udało. Chcieliśmy wejść do meczetu, ale niestety spóźniliśmy się na godziny otwarcia dla turystów, a po śpiewie muezina, niewiernych już nie wpuszczano. Tuż przed odlotem wybraliśmy się na chwilę na 56 piętro Marina Bay Sands Hotel, żeby spojrzeć po raz ostatni na miasto. Nic nie zobaczyliśmy, bo za darmo to sobie można ściany i barierki pooglądać, widok na miasto to 20 dolarów od osoby…

Singapur pożegnał nas burzą, w której musieliśmy startować i następnie lecieć. Ten lot w burzy to było najgorsze, czego doświadczyłam w tym roku. Nie wiem czy szybko zdecyduję się na kolejny lot samolotem, myślę, że w swoją kolejną podróż wybiorę się statkiem.

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

2 myśli na temat “Singapur dniem i nocą

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close