shimanami-kaido

Shimanami Kaido

Wracając z Kioto, wpadliśmy na pomysł wycieczki rowerowej po kolejnym reprezentacyjnym dla Japonii miejscu. Tym razem, zrywając z tradycją, chcieliśmy zobaczyć malownicze mosty łączące główną japońską wyspę z sąsiednią, leżącą pomiędzy wewnętrznym morzem a oceanem. Rzut oka na zdjęcia w internecie wystarczył, aby nas przekonać, że to dobry pomysł. Wprawdzie w ciągu tygodnia zapał połowy z nas zmalał (nie powiem, której połowy), ale jakoś udało się ową połówkę przekonać, że niezbadane są granice ludzkiego ciała i na pewno będzie zaskoczona jak wiele kilometrów przejedzie, zanim uzna, że dalej ani metra.

Przygotowania rozpoczęliśmy w sobotę (nie planowaliśmy ich, ale nie udało nam się wstać o 5 rano, aby zdążyć na pociąg) z powodu moich problemów z zaśnięciem – znowu 3 z hakiem. Zamiast wycieczki – weszliśmy na pobliską górę, Kagamiyamę, gdzie oprócz przyjemnego widoku, innych atrakcji raczej nie ma. No, może oprócz 5 omszałych starożytnych studni, rodem z „Kręgu”, do których można zaglądnąć w poszukiwaniu ciemnowłosych, bladych i ubranych-w-pidżamę Japonek. Po sprawdzeniu swojej kondycji – cieniutko, proszę Państwa, cieniutko (góra to nie była, bardziej górka) poszliśmy wcześniej spać, aby rano w niedzielę, w pełni sił zmierzyć się z Shimanami Kaido („kaido” dosłownie znaczy „morska droga”), czyli drogą łączącą Onomichi (Honsiu) z Imabari (Sikoku). Dokładnie rzecz biorąc jest to nazwa autostrady, którą oddano do użytku w 1999 roku jako pierwsze połączenie drogowe między Honsiu i Sikoku. Składa się ona z 9 mostów (jak na polskie warunki to z 9 zaj…., tzn. dużych mostów), ale w przeciwieństwie do innych tego typu konstrukcji, można je również sforsować „nożnie” lub rowerem. Droga dla rowerów biegnie przez malownicze wyspy, łączy się z główną trasą dla samochodów tylko przy mostach. Smaczku wyprawie dodało to, że próbując zasnąć wcześniej, nie udało mi się to wcale, gdyż zasnąłem o 4:45, a na 5:00 miałem ustawiony budzik i o dziwo wyszedłem z łóżka. Podróż rozpoczęliśmy pod domem, skąd rowerem dojechaliśmy na stację w Higashihiroshimie. Tam zostawiliśmy rowery, pojechaliśmy pociągiem do Onomichi, gdzie wypożyczyliśmy inne rowery i wsiedliśmy na prom, który w 4 minuty przepłynął na pierwszą wyspę – Mukaishimę (pierwszy most jest zamknięty dla pieszych i rowerów).Tutaj rozpoczęła się właściwa droga.

Chwilami nie byłem pewien, w jakim kraju się znajdujemy, gdyż pomarańczowe i cytrynowe gaje na zboczach gór, błękit morza i majestatyczne mosty przypominały Kalifornię, czasami Dominikanę, a chwilami hiszpańską Galicję. Po drodze miejscowi sprzedają lokalne owoce – cytryny, co smakują jak pomarańcze, ale wyglądają jak cytryny, grejpfruty, które wyglądają jak pomarańcze, a smakują jak grejpfruty-które-wyglądają-jak-pomarańcze-a-nie-smakują-jak-one. Zamiast kamieni milowych – zmieniały się tylko mosty. Zanim się obejrzeliśmy dotarliśmy do Setody, mniej więcej w 2/5 trasy, gdzie odwiedziliśmy świątynię Kosanji. Budowa świątyni została rozpoczęta przed wojną i zajęła 30 lat. W przeciwieństwie do innych świątyń, ta poświęcona jest pamięci matki fundatora, który będąc bardzo bogatym biznesmenem zdecydował się ufundować zespół świątynny i został mnichem. Podobno wykorzystano wiele kopii elementów różnych sławnych japońskich świątyń, aby stworzyć niepowtarzalny kolaż Kosanji. Wzgórze nad świątynią pokryte jest marmurem, marmurem, marmurem i jeszcze większą ilością marmurowych bloków i rzeźb. Trochę jak S. Dali. Robi wrażenie. Wrażenie robił dziki tłum starszych kobiet, które wiedzione podświadomym instynktem, z całej Japonii przybyły do świątyni, aby robić tumult, gwałt i inne tego typu niemiłe rzeczy na niewinnych turystach, którym przeszło przez myśl, aby zwiedzić zachowany dom fundatora i jego matki. Coś jak Częstochowa, gdzie dechą zastawiano drzwi od kaplicy, aby dzieci mogły wejść i zobaczyć obraz, a potok dorosłych rozbijał się na nieheblowanej desce trzymanej przez rosłych kościelnych. Ehhh, wspomnienia.

Dobra, pedałujemy dalej i kilometr za kilometrem dotarliśmy do ostatniego mostu – najwyższego i najdłuższego (6.1 km). Sam podjazd dla rowerów przestraszył moją wytrwałą współrowerzystkę. Ale po uzmysłowieniu sobie przy mojej niewielkiej pomocy, że drogi powrotnej jest ponad 70km, zacisnęła zęby, zamknęła oczy i jakoś przejechała starając się jechać jak najbliżej barierki odgradzającej jezdnię od drogi dla rowerów i pieszych. Mimo, że odczuwam wpływ wysokości na swoje samopoczucie, to albo było już abstrakcyjnie wysoko, gdzie jest mi wszystko jedno, albo ufam japońskiej myśli technicznej. Nie wiem, ale nie ukrywam, że zastanawiałem się, jakie uczucie ma człowiek, gdy trzęsienie ziemi zaczyna kiwać mostem na tyle, że konstrukcja ulega zniszczeniu i wielkie przęsła, i liny je podtrzymujące, jak również cały elektorat zgromadzony ma moście, malowniczo i długo spada do wody. Chciałem podzielić się swoimi rozważaniami ze swoją drugą połówką (tą lepszą :)), ale po pierwszym napomknięciu o trzęsieniu ziemi, zobaczyłem jak zmienia kolor na zielony. Stwierdziłem, że wystarczy… Most przejechaliśmy, dotarliśmy do Imabari, gdzie oddaliśmy rower, kupiliśmy bilet na autobus i po ponad godzinie jazdy wróciliśmy zmęczeni do Onomichi.

Bilans dnia – doliczając dojazd do domu na rowerze, licznik wybił 95 km. Całkiem przyzwoicie jak na 15 minut snu :) A bardziej jestem dumny z drugiej połówki – ani razu nie marudziła, nie krzyczała na mnie, ani nie mówiła, że p…. wszystko i wraca taksówką. Aha, i musiałem jechać przed nią, gdyż gnała tak, że trudno było utrzymać jej tempo. A w związku z tym, że przerzutka przedniej zębatki z trudem wrzucała najlżejszy bieg, stwierdziła, że „co tam”, góra nie góra, ona przerzutek nie będzie zmieniać. I o dziwo – następnego dnia bólu nie czuliśmy, oprócz tego związanego ze spaloną skórą – fotobloker z filtrem UV 50 starł się z kilku miejsc, a ja dodatkowo spaliłem sobie nogi, gdyż zapomniałem je posmarować kremem. Ale to i tak mniej bolesne, niż wierzch dłoni mojej żony (bez palców – gdyż te trzymając kierownicę – skryły się w cieniu). 95 km – bez kondycji i przygotowania, na leciwym rowerze, z żoną, z ciężkim aparatem na plecach a drugim w kieszeni, bez koksu jak chłopcy z Giro d’Italia – jeszcze będą ze mnie ludzie (czytaj: zrobiłem, wiem, że mogę, a więc nie będę tego robił :D).

Shimanami Kaido
Shimanami Kaido

 

Pong

Pong

Bardzo zapracowany naukowiec bez chwili dla siebie. Ma tak mało czasu, że raczej nie spotkasz go na blogu. Zapalony fotograf, autor zdecydowanej większości zamieszczonych tutaj zdjęć. Jego główne hobby to kolekcjonowanie kabli, hobby poboczne to prostowanie światopoglądów innych ludzi. Marzy o emeryturze w wieku 40 lat i spokojnym życiu gdzieś na włoskim wybrzeżu. Lubi podróże i gotowanie. Nie ma takiej potrawy, której by nie spróbował, dżdżownic po chińsku nie wyłączając.

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close