korea

Seul w jeden weekend

Jest zdecydowanie zimniej niż w Tokio, wokół bardzo nowoczesna architektura i mnóstwo zieleni, amerykańskie sieciówki oraz pełno świątecznych dekoracji. Wygląda trochę jak Europa, ale nie, to jednak wciąż Azja. Zanim wysiądę na dobre z autobusu i postawię jedną stopę na chodniku, zostanę szturchnięta i popchnięta kilka razy, moja walizka przewrócona i skopana. Do hotelu idziemy zaledwie 3 minuty, ale przepychanie się trwa w najlepsze, w drzwiach otwartych sklepów stoją naganiacze i krzykiem oraz darmowymi próbkami (dostaniesz oczywiście tylko jak coś kupisz) zapraszają do zakupów. Są natarczywi, nachalni i już po trzech minutach wiemy, że nie wolno nam zatrzymać na niczym wzroku, a już nie daj Boże czegoś dotknąć – sprzedawcy rzucają się na każdego potencjalnego klienta. Witajcie w Seulu.

Pierwsze wrażenie

Wszyscy już wiedzą, że ja podróżuję po to, żeby mieć nowe tematy do narzekań, więc przejdźmy od razu do rzeczy 😉 Dlaczego oni się tak pchają? W Tokio nawet w najbardziej zatłoczonych miejscach nie zdarzyło mi się, aby ktoś mnie popchnął czy szturchnął (jak my będziemy żyć po Japonii?!). Bezczelność na ulicach Seulu na początku nas szokuje, po jednym dniu zaczynamy zwracać ludziom uwagę, ale po dwóch dniach już zaczynamy wszędzie rozpychać się tak samo jak oni. Kiedy wejdziesz między wrony… Tylko w Seulu widziałam ludzi depczących po innych, lub dosłownie przewracających się w pędzie do miejsc siedzących w komunikacji publicznej. Tu hotele mają baseny, sauny i siłownie, do których wstępu nie mają kobiety. Na stronie internetowej naszego hotelu nie było o tym najmniejszej wzmianki, więc albo nam się trafił najgorszy hotel świata, albo jest to tak powszechna i oczywista praktyka, że nikomu nawet nie przyszło do głowy, że może warto byłoby o tym poinformować potencjalnych gości. Informuję, że tym razem nie czepiam się dla samej przyjemności czepiania – byliśmy w Seulu we czwórkę i wszyscy mamy takie same wrażenia. Pełna zgodność, cztery do zera.

Kolejną rzeczą, o której warto wspomnieć, to koreańska kultura jazdy. Z jakiegoś powodu oczekiwałam japońskich zachowań na drodze, ale wszelkie złudzenia mnie opuściły, gdy zobaczyłam wpychanie się na pasy, przejeżdzanie na „późnym zielonym”, trąbienie na tych nieuważnych, lub przeciwnie – bardziej cwanych kierowców. Przystanki autobusowe są rzeczą umowną, kierowca czasem zatrzymuje się na przystanku, czasem jedynie na swoim pasie, a czasem zupełnie nie wiadomo gdzie. Na przykład jednego razu kierowca autobusu wyrzucił nas w jakimś przypadkowym miejscu w dzielnicy Myeong-dong. Chciałyśmy jechać na stację Myeong-dong, ale kierowca najwyraźniej uznał, że spacer dobrze nam zrobi, więc po prostu zatrzymał się, pokazał nas palcem i kazał spadać z jego autobusu (ok, nie znam koreańskiego, więc nie wiem co dokładnie powiedział, ale faktem jest, że nas wyrzucił). Nie miałyśmy zielonego pojęcia gdzie jesteśmy, jak daleko od hotelu, nie wiedziałyśmy nawet za bardzo, w którą stronę się kierować. Ale i tak uważamy się za szczęściary, bo nasz wspaniały kierowca na pewnej kobiecie po prostu zamknął drzwi. Trzasnął ją drzwiami aż zahuczało i jestem przekonana, że zrobił to celowo, bo skoro ja ze środka autobusu widziałam, że kobieta wchodzi, to nie ma możliwości, że nasz dzielny „wozak” jej nie zauważył. Bardzo częstym obrazkiem na uliach Seulu jest policjant kierujący ruchem, mimo działającej sygnalizacji świetlnej. Nie bardzo wiem jak to wytłumaczyć, ale moja robocza teoria jest taka, że gdyby go tam nie było, piesi chyba zapuściliby korzenie na swoich stanowiskach, bo żaden kierowca by ich raczej nie wpuścił na przejście.

Ale mimo tego wróciliśmy z Korei więcej niż zadowoleni. Seul ma przepiękne zabytki, które zwiedzaliśmy w dobrym towarzystwie zarówno starych jak i nowych znajomych, pyszną kuchnię oraz dzielnice zakupowe, w których straciłyśmy z koleżankami nie tylko głowy, ale całe godziny i całkiem sporo koreańskich wonów. Mała porada dla tych, którzy chcieliby wybrać się na zakupy do Korei – miej przy sobie paszport i zawsze go pokazuj przy kasie. W ten sposób możesz dostać specjalny rachunek, który upoważnia do odzyskania VAT-u na lotnisku. My niestety nie zawsze tego pilnowałyśmy.

Atrakcje turystyczne

korea

W przeciwieństwie do Tokio, stolica Korei Południowej może poszczycić się zabytkami, historycznym starym miastem oraz innymi ciekawymi z turystycznego puktu widzienia miejscami. Na zwiedzanie mieliśmy tylko trzy dni, ale i tak udało nam się zobaczyć niemal wszystko, co planowaliśmy. Już pierwszego dnia wybraliśmy się na oglądanie najbliższej okolicy hotelu (Myeong-dong), strumienia Cheonggyecheon, oraz wieży widokowej N Seoul Tower. Strumień Cheonggyecheon to sztuczny kanał, do którego woda jest stale pompowana, więc jest to raczej coś w rodzaju wielkiej fontanny, niemniej system mostków, przejść, ciekawe oświetlenie oraz miniaturowe wodospady, sprawiają, że jest to bardzo popularne miejsce spotkań, wieczornych spacerów czy porannego joggingu.

Z wieży natomiast można zobaczyć panoramę miasta. Koreańczycy w środku wieży wywiesili plakaty, które informują, że ich wieża jest wyższa niż wieża Eiifla czy Sky Tree w Tokio. Wieża w Seulu stoi jednak na naturalnym wzniesieniu, więc jest to taka trochę nieuczciwa konkurencja. Ale widok z góry daje radę.

Kolejnego dnia postanowiliśmy zobaczyć historyczną część Seulu. Zaczęliśmy od Pałacu Unhyeon. Na wewnętrznym dziedzińcu kręciło się całkiem sporo osób,  część nawet w tradycyjnych koreańskich strojach, jakiś pan smutno zawodził na całe gardło. O co tu chodzi? Podchodzimy bliżej, obijamy się o kilka osób i jesteśmy świadkami tradycyjnej koreańskiej ceremonii… zaślubin. Szok! Przez ujemny entuzjazm zebranych obstawialiśmy raczej pogrzeb. Ktoś się może orientuje dlaczego oni tak „żałobnie” wchodzą w związki małżeńskie?

Następnie zwiedzamy Pałac Changdeokgung, nazywany Pałacem Wschodnim i stare miasto Bukchon. Kompleks budynków pałacowych wraz z pięknymi ogrodami, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, robi ogromne wrażenie. Jak tu pięknie! Tu też zupełnie przypadkiem spotykamy koreańską koleżankę, którą poznaliśmy kilka lat temu w Holandii. Koleżanka właśnie oprowadza swoich znajomych (Polkę i Holendra) po najważniejszych zabytkach Seulu, a my się przyłączamy do wycieczki i od tej pory mamy plan indywidualnego zwiedzania, już się nie gubimy ani nie trafiamy do kiepskich restauracji. Dzię-ku-je-my!

Gwoździem programu jest Pałac Gyeongbokgung, serce Seulu. Pod pałacem straż pełnią wartownicy, którzy podobnie jak nasza warta honorowa pod Pomnikiem Nieznanego Żołnierza, nie mogą nawet kiwnąć palcem w bucie.

Seul Pałac Gyeongbokgung
Korańczycy są dużo wyższi niż Japończycy ;)

Jedyny problem z koreańskimi pałacowymi strażnikami jest taki, że nie mają jednakowego umundurowania, a właściwie ich tradycyjne stroje nawet nie kojarzą się z mundurem. Każdy ma dłuższy płaszcz w żywym kolorze, uszyty z bardzo błyszczącego materiału, mają różne nakrycia głowy, doklejoną brodę, a do tego każdy z nich ma inny rodzaj broni. Wyglądają po prostu jak manekiny na wystawie. Jedna z koleżanek pozując do zdjęcia ze strażnikiem, zaczęła go delikatnie głaskać po dłoni, dotykać materiału płaszcza…

– Yyyy, kochana, nie możesz go chyba dotykać. – rzucam.
– A to bardzo ciekawe, że nie mogę – odparowuje i łapie strażnika za rękaw, żeby mi udowodnić, że oczywiście, że może.
– No dobra, jak sobie chcesz, ale może nie próbuj zabierać mu broni.

Wyraźnie zachęcona już wyciąga rękę w kierunku rękojeści szabli, ale w ostatniej chwili odskakuje jak oparzona krzycząc: „On mruga oczami. Jezu, on chyba ŻY-JE!”. Uuufffff, dobrze, że zauważyła zanim wyrwała mu szablę.

Nasza „przewodniczka” już nas prowadzi do środka na ogromny dziedziniec, tłumacząc, że spóźniliśmy się godzinę na zmianę warty i jaka wielka szkoda, bo to podobno strasznie fajne widowisko. Tak to wygląda w internetach:

Sam pałac i cały komleks pałacowy, plus ogrody jest monstrualnie wielki i absolutnie przepiękny. Gyeongbokgung jest największym z Pięciu Wielkich Pałaców, które powstały za panowania dynastii Joseon i jest nazywany skromnie Pałacem Północnym, lub bardziej megalomańsko Pałacem Wielce Błogosławionym przez Niebiosa. Jeśli macie czas tylko na jedną atrakcję w Seulu, to zdecydowanie powinien to być Gyeongbokgung. Zobaczycie tu wspaniałą architekurę i piękne zdobienia. Tradycyjnie zdobić można było tylko świątynie i budynki, w których mieszkali lub urzędowali członkowie rodziny królewskiej.

Na ostatni dzień zostawiamy sobie architektoniczne cudo Design Plaza z pasażem sklepowym, muzeum i ogrodem sztucznych róż, podświetlanych wieczorem lampkami LED, oraz buddyjską świątynię położoną w słynnej na cały świat dzielnicy Gangam.

Kuchnia koreańska

Kuchnia koreańska to głównie owoce morza, w dodatku tak świeże, że czasem nawet ruszają się na talerzu. Bardzo popularne są także dania z grilla węglowego, który podobnie jak ma to miejsce w Japonii, jest wbudowany w stół. Do głównego dania w Korei podaje się serię przystawek, głównie będą to piklowane warzywa, podane raczej w bardzo ostrym sosie. Tych przystawek jest naprawdę bardzo dużo:

seul

Niekwestionowaną królową każdego posiłku jest oczywiście kapusta kimchi, która jest po prostu kiszoną na ostro kapustą. Kimchi w Korei jada się samą jako przystawkę, ale dodaje się ją również do zup, placków, naleśników, gulaszy, sałatek, itd. Kimchi ma tak ogromne znaczenie w kuchni koreańskiej, że w sezonie zbiorów kapusty pekińskiej, z której przygotowuje się kimchi, same zbiory oraz ceny kapusty śledzi z zapartym tchem cały kraj.

W Korei, podobnie jak w Japonii, podstawą posiłku jest ryż, jednak tutaj jada się go łyżką. Wszystkie zupy, które zamówiliśmy w Korei były zimne, w niektórych nawet pływały kostki lodu. Tu nawet sałatki są pikantne! Ale jedzenie w Korei jest naprawdę pyszne, nawet jeśli czasem jadłodajnie wyglądają, powiedzmy eufemistycznie, niezbyt zachęcająco. W jakiejś zatęchłej budzie, do której z własnej woli nigdy byśmy nie weszli (zaprowadziła nas koleżanka) udało nam się zjeść naprawdę pyszne pierogi!

seul pierogi

Koreańczycy bardzo lubią alkohol, jest on o wiele tańszy niż w Japonii, a do tego bardzo często najmniejsze piwo w karcie ma… 0,5 l. Myślę, że bez problemu podaliby w beczce gdyby tylko znalazł się jakiś chętny. Natomiast w barze można sobie zamówić całą butelkę tequilli (albo co kto lubi), a jeśli po imprezie coś zostanie jeszcze na dnie, to barman podpisuje butelkę imieniem klienta i odstawia na półkę. Zawsze można wrócić i dokończyć. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, ale w końcu w naszej części Europy rzadko zostawia się coś na dnie 😀

Bardzo dobre jedzenie można też znaleźć na ulicy. Uliczne stoiska z jedzeniem są wszechobecne i oprócz pysznych placków, naleśników, owoców morza i szaszłyków, można kupić grillowaną kukurydzę czy świeże owoce, np. otwarte granaty, które bez problemu można zjeść na ulicy.

Zakupy

Pierwsze co nas zastanowiło, jeszcze w trakcie jazdy autobusem z lotniska, to ulice, wzdłuż których ciągnęły się sklepy oferujące ten sam rodzaj asortymentu. Trzydzieści sklepów z oświetleniem, nastepnie trzydzieści tylko z butami, potem torebki, ubrania, meble, itd. Nasz hotel znajdował się w dzielnicy Myeong-dong, która jest natomiast kosmetycznym zagłębiem. W odróżnieniu od Japonii niewiele tam jednak sklepów ogólnokosmetycznych, raczej markowe sklepy, jeden przy drugim, a zdarzały się nawet trzy sklepy jednej marki na tej samej ulicy. Gdy już był jakiś ogólny sklep kosmetyczny, to niewiele tam było koreańskich produktów, większość raczej z importu, w tym bardzo dużo kosmetyków japońskich. Niestety obsługa w sklepach jest niezwykle natarczywa i jeśli o mnie chodzi, to takie zachowanie sprzedawców zniechęca mnie do tego stopnia, że najczęściej po prostu wychodzę ze sklepu. Tu jednak sklepowe fochy musiałam schować do kieszeni, bo po pierwsze chciałam kupic kilka konkretnych rzeczy, a po drugie, po uniesieniu się honorem niespecjalnie miałabym dokąd pójść, bo tu we wszystkich sklepach tak to wygląda. Zwykły koszmar dla wielbicieli samtonego kontemplowania sklepowych półek.

O koreańskich kosmetykach wspominałam na blogu ostatnio, ale jednak bardzo wielu z tych, które znam z różnych blogów kosmetycznych w ogóle nie ma na półkach w sklepach. Na szczęście bardzo lubię te najpopularniejsze i najbardziej znane koreańskie marki (zwłaszcza mój ukochany SkinFood!), więc nie miałam na co narzekać. Co ciekawe, w koreańskich sklepach dostaje się niezliczoną ilość próbek, a czasem są to nawet pełne opakowania. Dają tego tak dużo, że od prawie trzech tygodni używam wyłącznie zdobytych na wrogu próbek i nie jestem nawet w połowie zapasów. Koreańskie kosmetyki to nie tylko dobra jakość, ale również urocze opakowania:

korea zakupy

Tych z was, którzy zaczęli właśnie się martwić moim stanem mentalnym i moją postępującą infantylizacją, śpieszę pocieszyć, że rzeczy ze zdjęcia powyżej kupiłam jako prezenty dla osób sporo młodszych ode mnie.

I to w sumie tyle. Jeden weekend, w którym udało nam się ledwie liznąć klimat Seulu. Za to w następnym wpisie Pong zda relację ze Strefy Zdemilitaryzowanej, do której samotnie wybrał się w piątek, aby tylko nie towarzyszyć trzem kobietom na zakupach 😉 Tak oto nadchodzi wielka chwila, na którą wszyscy czekali od dawna – Pong w końcu coś napisze!

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

6 myśli na temat “Seul w jeden weekend

  1. Może to są aranżowane małżeństwa;) Kurcze mnie by też wkurzało takie przepychanie, no to jak tu nie narzekać? I w sklepach to ja także lubię mieć spokój, dlatego kompletnie nigdy nie ciągnęły mnie np kraje arabskie między innymi przez tę ich nachalność. Na tej koreańskiej kuchni to bym długo nie pociągnęła , bo nie lubię owoców morza:( Za to architektura przepiękna.
    PS Maika muszę Cię o to zapytać, bo ostatnio kolega męża narzekał, że Japonia fajna, ale tragicznie droga, to prawda?

    1. My nie jedliśmy w Korei żadnych owoców morza, tych mamy aż za dużo w Japonii 😀 W Seulu jedliśmy na okrągło wołowinę z grilla.
      A odnośnie Twojego pytania, Japonia jest dość droga, chociaż wypadałoby raczej powiedzieć, że to Tokio jest drogie – wystarczy się ruszyć poza stolicę i ceny w sklepach już są niższe. Ale też zależy z czym porównujemy, nasi znajomi z Londynu na przykład uważają, że życie w Londynie jest znacznie droższe niż w Tokio. Ja sama mam porównanie jedynie z Polską i Holandią. W Japonii na pewno tańsze są restauracje, kolację można już zjeść za niecałe 7 euro, co w Holandii ledwo wystarczy na McDonalda. Ale już koszty utrzymania czy transportu publicznego są w Japonii o wiele wyższe niż w Holandii czy Polsce.

  2. Śliczne zdjęcia – przypomniałaś mi moją wizytę w Seulu, to był listopad, ale jeszcze w miarę ciepły i słoneczny. Od tego czasu mam wrażenie, że to najsympatyczniejszy naród :)
    Fajne są Twoje spostrzeżenia, szczególnie to o przepychaniu… oj Chiny mi się przypomniały… a Japonia, no cóż tam panuje nietykalność, prawda 😉

    1. Całkowita nietykalność, ale mnie się to akurat podoba. W Korei żartowałam, że od razu po powrocie wybiorę się na stację Shinjuku (najbardziej zatłoczona stacja w mieście), będę tam stać i napawać się tym, że nikt mnie nie szturcha 😉

Odpowiedz na „MaikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close