DSC_0507

Pora deszczowa, czyli wiele hałasu o nic

W Japonii rozpoczęła się właśnie najbardziej ponura i przygnębiająca pora roku, czyli ta deszczowa. Wyjątkowa, piąta pora roku, której istnieniu zaprzeczy gorąco każdy Japończyk, bo jak wiadomo, Japonia ma tylko cztery pory roku – te piękne, z kolorowych zdjęć dla turystów. Pora deszczowa zaczęła się, jak wszystko inne w tych czasach, na facebooku. Czyli zanim zdążyłam zobaczyć choć jedną kroplę spadającą z nieba, zalała mnie fala zdjęć z deszczem i wirtualnych prognoz pogody na najbliższe dwa tygodnie, a facebook na jeden dzień zamienił się w ścianę płaczu.

Od tamtej pory deszcz padał może ze trzy razy, przy czym przez jeden dzień padało naprawdę dużo i intensywnie. Ogółem żadne deszcze ani ulewy nam niestraszne, bo po 11 latach w Holandii przywykliśmy do deszczowej aury do tego stopnia, że to słońce na bezchmurnym niebie traktowaliśmy jak anomalię pogodową. Japońska pora deszczowa jest jednak nieporównywalnie bardziej uciążliwa, ponieważ jest gorąco, bardzo wilgotno, parno i duszno. To taki przedsmak lata w wersji light, niemniej jednak groza japońskiego lata zaczyna powoli do nas docierać. Nasi znajomi pocieszają nas, że nie będzie wcale tak źle, bo oni przecież przeżyli japońskie lato i nic im się od tego nie stało. Najwyraźniej jednak japońskie lato należy do doświadczeń typu „raz-w-życiu-i-nigdy-więcej”, bo większość znajomych wybiera się latem jak najdalej od Japonii. My swoją pulę podróży na ten rok już wykorzystaliśmy, a więc jedyne co nam pozostało, to oswoić się z myślą, że najbliższe 3 miesiące spędzimy w piekarniku z parownikiem. Pocieszam się myślą, że porą deszczową też nas straszono, jak to nam mieszkanie przejdzie wilgocią, a ubrania spleśnieją w szafie, a póki co (odpukać) popadało trzy dni, a wilgoć utrzymuje się na japońskim, standardowym poziomie. Innymi słowy, wiele hałasu o nic. Więcej deszczu spadło w Polsce na początku maja niż tu teraz. Ależ oczywiście, że na początku maja, gdy tak padało i wydawano ostrzeżenia przeciwpodziowe, byliśmy w Polsce na wakacjach. Jasne jest również, że gdy do Polski na majówkę NIE jeździliśmy, to pogoda była piękna i naród z pasją oddawał się grillowaniu w ogródkach. My oczywiście na żadnego grilla się w tym roku nie załapaliśmy. Na co się załapaliśmy, to promocja marynowanych mięs i sosów barbecue w supermarketach.

Jedyne grillowanie na jakie mieliśmy realne szanse w tym roku, miało miejsce w Tokio, zaprosili nas sąsiedzi. Nie poszliśmy, bo to było w sobotę, a w sobotę odlatywaliśmy do Australii z kurtuazyjną wizytą i myślą, że być może za magiczne dwa lata (to wtedy, kiedy mężowi kończy się kontrakt w Japonii) przeniesiemy się na Antypody. Maj w Australii to miesiąc jesienny, a więc czerwone liście na drzewach, zimny wiatr znad Antarktydy i krótki dzień. Z tych liści to się nawet ucieszyliśmy, bo japońska jesień jakoś nam umknęła i nie mamy nawet ani jednego zdjęcia. Ogólnie nie chcę opisywać tu naszych wrażeń z Australii (może zrobię to innym razem 😉 ), ale chcę jedynie rozprawić się z dwoma mitami na temat Australii, które różni znajomi wbili mi do głowy. Pierwszy to ten, że Austraijczycy uprawiają zdrowy styl życia, fanatycznie oddają się różnym sportom i są bardzo szczupli. Otóż nie są. Owszem, ludzi biegających czy jeżdżących na rowerze widać sporo, ale nie więcej niż w innych miejscach świata. Australijskie jedzenie jest bardzo podobne do tego co my znamy z Europy, a więc treściwe i raczej ciężkie, przy czym porcje podawane w restauracjach są trzy razy większe od polskich! Drugą prawdą objawioną jest to, że Australijczycy podobno nie są mili. Położyłabym nacisk na słowo „podobno”, nasze wrażenia z kontaktów z Australijczykami są jedynie pozytywne. Byliśmy non stop pozdrawiani, zaczepiani, raz spontanicznie odwiezieni na stację kolejową, itd. Przy czym australijska życzliwość jest mniej wymuszona od japońskiej, bardziej naturalna i spontaniczna, przez co moim zdaniem wydaje się o wiele bardziej szczera. To wszystko oczywiście niewiele mówi o Australii, to tylko moje osobiste wrażenia z kilkudniowej podróży, a doskonale zdaję sobie sprawę jak zwodnicze potrafią być takie rzeczy. W końcu 12 lat mieszkam na emigracji i żaden kraj jak dotąd nie okazał się takim, jakim się wydawał na początku. Puenta? Nie mamy zielonego pojęcia gdzie będziemy mieszkać za dwa lata 😀

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close