Zdjęcie 14.09.2014, 22 55

(Nie)kulturalna niedziela

Dawno mnie tu nie było, ale to nie jest moja wina. Wina jest oczywiście cudza :) . Gdzie byłam jak mnie nie było? W ostatni weekend wybraliśmy się do Muzeum Sztuki Nowoczesnej na wystawę poświęconą królowym i boginiom starożytnego Egiptu. Wystawa była naprawdę świetnie przygotowana i bardzo interesująca, niestety tłum, który przybył na podziwianie ekspozycji już tak interesujący nie był. W zasadzie powinniśmy się byli tego spodziewać, bo w końcu weekend w Tokio rządzi się swoimi prawami, ale mimo tego tłum, a przede wszystkim zachowanie ludzi odwiedzających muzeum, trochę nas zszokowało. Żeby nie wdawać się w długie i zbędne opisy powiem tylko, że wizyta w muzeum przypominała raczej walkę o Crocksy (dla niezorientowanych – to takie gumowe buty 😀 ) na promocji w Lidlu. Pewien dziadek ogarnięty szałem zdobywania nowej wiedzy tak się zagalopował, że próbował dosłownie wdrapać mi się na plecy, lub może pchnąć całą kolejkę do przodu, w nadziei, że posypie się jak domino. Mój dzielny mąż musiał interweniować i powstrzymać nadgorliwca. A wszystko działo się w przeddzień święta narodowego poświęconego nota bene starszym ludziom. Ech…

Następnie zachęceni tak kutluralnie rozpoczętym dniem, postanowiliśmy wybrać się na wystawę akwariów w okolicy stacji Nihonbashi. Wystawa zapowiadała się imponująco, imponująca była również kolejka do kas – około 700 metrów tych co czwórkami stali. My w kolejkach stać nie lubimy i żadne ryby świata nie byłyby w stanie skłonić nas do odstania dwóch godzin w tym tłumie. Nieśpiesznie więc przespacerowaliśmy w okolice świątyni Yasukuni, której mój mąż jeszcze nie widział, a ja choć widziałam kilka razy, to jeszcze nigdy nie udało mi się jej odwiedzić w taki zwykły, nieświąteczny dzień. Świątynia bez tłumów zyskała wiele uroku, ale i tak nie jest w stanie zagrozić pierwszej na podium, czyli świątyni Meiji-Jingu, moim zdaniem najpiękniejszej w Tokio, która jest nie tylko piękna, ale również przepięknie położona i bardzo cicha.

Poniedziałek minął spokojnie, natomiast wtorek to był mój pierwszy (i jak dotąd jedyny) dzień pracy. Cały dzień przepracowałam w Disneylandzie jako tłumacz i był to dla mnie dzień pełen atrakcji, mimo tego że złapałam jakieś przeziębienie i cały dzień chodziłam z bolącym i przytkanym uchem. O szczegółach pracy ani o samej firmie nie mogę niestety mówić (tak mam w umowie), ale dość powiedzieć, że nareszcie poczułam się przydatna i ten dzień bardzo pozytywnie wpłynął na moje samopoczucie. W Disneylandzie dopadło mnie silne trzęsienie ziemi i pierwszy raz miałam okazję zaobserwować panikujących Japończyków, którzy biegali i krzyczeli do gości, żeby ci usiedli na podłodze. Japończycy generalnie przyjmują trzęsienia na spokojnie, dlatego dla mnie taki widok był pewną nowością. Trzęsienie faktycznie było dość silne i do tego długie. Ja w momencie trzęsienia znajdowałam się w magazynie ze szkłem – regały ze szkłem sięgające po sufit, do tego dźwięki tego szkła plus podskakująca podłoga (normalnie jest kołysząca) były dość przerażające.

trzesienie_ziemi
Fot. Japan Meteorological Agency

Reszta tygodnia minęła (w zasadzie nadal mija) pod hasłem zapalenia ucha lub gardła (tak naprawdę trudno określić co mi jest), ale w środę oczywiście nie dane mi było pospać, bo w naszym budynku odbywały się tego dnia ćwiczenia przeciwpożarowe i były obowiązkowe. Zeszłam na dół głównie w celach towarzyskich, niestety znajome sąsiadki z dziećmi widząc mój stan uciekały ode mnie jak najdalej. Szczęśliwie jestem osobą dość towarzyską i wśród sąsiadów znajomych mam dużo, więc udało mi się znaleźć takich, którzy nie uciekli na mój widok. Mam nadzieję, że nie są teraz chorzy… Chory jest za to mój mąż, który oczywiście jest „BARDZIEJ” chory niż ja, gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości 😀 . Leży w łóżku od dwóch dni i zastanawia się na głos czy już umarł, czy może jeszcze jednak żyje. Do tego usiłuje wylewać ukradkiem lekarstwa do zlewu, bo mu nie smakują. No czy to jest normalne?! Mnie od razu przypominają się klimaty przedszkolne pod tytułem: „zakopię mielonego pod ziemniakami, pani na pewno nie zauważy”.

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close