nara

Nara

Czwartek – pierwszy naprawdę gorący dzień w tym kraju – żar leje się z nieba. Dzisiejszy plan obejmuje wymeldowanie się z hotelu, zostawienie tam bagaży na przechowanie, wycieczkę do pobliskiej Nary (około 1:30h pociągiem podmiejskim) i przeprowadzkę do nowego hotelu. Nara – w latach 710-740, czyli wtedy kiedy nasi praszczurowie decydowali się, w której części Europy osiąść, była pierwszą stolicą Japonii. Nosiła nazwę Heijo-kyo. Przewodnik kusi mnogością świątyń i wolno żyjącymi danielami, które wymuszają smakołyki od ludzi. Owszem, świątynie i chramy były całkiem ciekawe. Daniele z kolei trochę ospałe od upału i masy turystów wciskających w nie specjalnie dla nich wypiekane ciasteczka.

Gorzej było z danielami, gdyż tylko jednego udało nam się obudzić z poobiedniej drzemki i jakimś magicznym sposobem zasugerować mu, że jest głodny. Chociaż ja sam, gdybym był takim wyliniałym zwierzakiem, wolałbym świeże warzywka albo lepiej – jakiś kawałek świeżego mięsa, niż suche wióry – ciasteczka, niby specjalnie dla mnie wypiekane. Według mojej teorii zwierz takowy nie pogardziłby krwistym mięsem, gdyby tylko w nim zasmakował. A nie zasmakował tylko z tego powodu, że władze miasta obawiają się, że wtedy populacja turystów mogłaby się dramatycznie zmniejszyć; nota bene danielo-podobny stwór jest symbolem miasta.
Nara
Nara, Świątynia Todai-ji
W Narze zwiedziliśmy największy drewniany budynek świata – powstałą w 752 roku świątynię Todai-ji, w której to znajduje się największy posąg Buddy (Budda Vairocana – Budda, który rozświetla świat niczym słońce) odlany kiedykolwiek z brązu. Owszem – całkiem spory, chociaż ja znalazłbym bardziej utylitarne sposoby wykorzystania brązu – można by na przykład odlać z niego armaty lub muszkiety… Jedna z drewnianych kolumn w świątyni jest w środku wydrążona. Po przejściu przez dziurę uzyskuje się obietnicę dostąpienia oświecenia już w tym życiu. Perspektywa brzmi dosyć obiecująco – nigdy więcej pracy, bolesnej śmierci i innych takich, ale kolejka wraz z wymiarami dziury (wystąpiły obawy o to, czy się ze swoimi gabarytami nie zaklinuję) spowodowały, że resztę swego życia spędzę w ciemności. A może to wcale nie jest takie złe? W ciemności, ale przynajmniej zdrowo – przed świątynią znajduje się drewniany posąg Yakushi Nyorai, który słynie z niezwykłych uzdrawiających mocy. Po pogłaskaniu go po… hmmm, teoretycznie stopie, chociaż nie wyglądało to jak stopa (a samo głaskanie sprawiało wrażenie fetyszystycznej praktyki seksualnej) i dotknięciu dłonią bolącego miejsca następowało natychmiastowe uzdrowienia i poprawa kondycji. Zobaczymy… Muszę tylko żonę zachęcić 😀
NSC_1270Odwiedziliśmy również chram Kasuga Taisha, gdzie zrobiliśmy kilka ciekawych zdjęć latarni wotywnych (mnie się wydaje, że jeden pan przyniósł psa jako święconkę przed wielkanocną konsumpcją, chociaż mam wrażenie, że mojej żonie ten żart się niezbyt spodoba) oraz ogród botaniczny (który według mnie nie różnił się niczym od parku, gdyż rośliny tak samo egzotyczne dla mnie znajdują się w obu miejscach). Świątynia Kasuga Taisha jest pod wezwaniem świętego daniela, stąd tyle tych zwierzaków w okolicy, co wpisuje się w ogólny trend poświęcania świątyń różnym dziwnym stworom (patrz świątynia lisa-chytruska w Inari).
Japoński mnich
Japoński mnich

Po raz kolejny widzieliśmy mnicha zen, który zbierał jałmużnę. Muszę powiedzieć, że ten sposób zarobkowania podobał nam się bardziej niż bilety wstępu i święte-tandetne amulety przynoszące szczęście, sprzedawane wewnątrz świątyń.

Wieczorem, po dotarciu do Kioto, zmieniliśmy miejsce zakwaterowania na bardziej japońskie. Po śniadaniu w japońskim stylu, dnia następnego, właściciel zdziwił się, że wszystko zjedliśmy. Ot, przyzwyczajony do wybrednych turystów gustujących w hamburgerach i hot-dogach :)

 

 

PS Tego dnia moja druga połówka zapoczątkowała trend spadania ze schodów – co wejście do metra – upadek. Upadała trzy razy, zaczynam się bać…
Pong

Pong

Bardzo zapracowany naukowiec bez chwili dla siebie. Ma tak mało czasu, że raczej nie spotkasz go na blogu. Zapalony fotograf, autor zdecydowanej większości zamieszczonych tutaj zdjęć. Jego główne hobby to kolekcjonowanie kabli, hobby poboczne to prostowanie światopoglądów innych ludzi. Marzy o emeryturze w wieku 40 lat i spokojnym życiu gdzieś na włoskim wybrzeżu. Lubi podróże i gotowanie. Nie ma takiej potrawy, której by nie spróbował, dżdżownic po chińsku nie wyłączając.

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close