Melancholia wrześniowa i mongolskie śpiewy

Lato skończyło się za szybko, pierwszego września poznikały okoliczne sceny i budki rozstawione w całej okolicy z powodu licznych letnich festiwali, tłum turystów wyraźnie się przerzedził (a mieszkamy w dość turystycznej części Tokio), zaczynam spotykać ludzi owiniętych szalami, w czapkach czy ciepłych kozakach. Nie, oczywiście nie jest aż tak zimno :-) . Temperatura w dzień nie spadła jeszcze poniżej 20 stopni, w słoneczny dzień dobija do 27 stopni, jest bardzo ciepło, ale jednak już wyraźnie jesiennie. Nie używamy już klimatyzacji w mieszkaniu, cykady nareszcie postanowiły się zamknąć, więc można pospać dłużej – normalnie latem zrywamy się wcześnie rano, bo cykady wydzierają się jak transformatory wysokiego napięcia, a jeszcze te paskudy lubią obsiadać siatkę ochronną, czyli drą się przy samych oknach.

Ale mimo to… nie lubię września. Wrzesień mnie przybija. To takie ni to lato ni jesień. Nie lubię tej świadomości, że coś się kończy. A najbardziej ze wszystkiego nie lubię świadomości upływającego czasu, a ja czas odliczam właśnie wrześniami. Nie, nie mam we wrześniu urodzin (całe szczęście, bo tego byłoby już za wiele 😀 ) . Ale dla mnie wrzesień jest symbolem zmiany, bo właśnie we wrześniu obchodzę bardzo nieoficjalną rocznicę podjęcia decyzji o życiu za granicą, a wczoraj minęła dokładnie 12. Dwanaście lat temu jako świeżo upieczona maturzystka siedziałam w autobusie jadącym do Holandii licząc, że przeżyję tam przygodę życia (tak, przyznaję się, to była moja podstawowa motywacja do wyjazdu, byłam młoda i hmm… odważna?  :-) ).  Moje początki w Holandii były o wiele trudniejsze niż przewidywałam, dokuczała mi tęsknota za domem i przyjaciółmi, problemy językowe i izolacja – internet co prawda był, ale mało kto go używał, połączenia telefonicze były bardzo drogie. Pisaliśmy listy, do dziś mam całe pudełko takich prawdziwych listów wymienianych z przyjaciółmi. Te moje początkowe uczucia zagubienia i wyrwania ze świata, który znałam najlepiej, jakoś trwale połączyły mi się z wrześniem i z jakiegoś powodu tak zostało do dziś.

den haag
Haga, Holandia. Ulica, na której kiedyś mieszkałam. (Fot. http://www.skyscrapercity.com)

W zeszłym roku, we wrześniu (znowu!), po jedenastu latach spędzonych w Holandii, którą nauczyłam się traktować jak mój drugi dom i nierzadko rozumiałam lepiej niż własny kraj, opuściłam Niderlandy i przeniosłam się razem z mężem do Japonii. Mieszkałam w Japonii wcześniej, ale przeprowadzka na kilka lat bez wentyla bezpieczeństwa w postaci mieszkania i pracy czekającej w Holandii, to jednak co innego. I tak teraz siedzę sobie przy biurku, co chwilę wyglądam przez okno, po raz pięćsetny czytam wiersz „Miasto” Kawafisa (nie wiem po co, już go i tak znam na pamięć) i czuję się jakby mnie ktoś przeniósł w czasie. To zadziwiające jak światło słoneczne, chłodniejszy wiatr i zapachy miasta przywołują w pamięci zupełnie inne miejsca i zupełnie inne lata. Czy może tylko ja tak mam?

Z innej beczki – jak pisałam wcześniej oboje z mężem jesteśmy chorzy. Ja już dochodzę do siebie, mąż jeszcze nie, ale trudno, żeby było inaczej. Zachwycony swoim niedawno nabytym bardzo niskim głosem postanowił zgłębić kulturę mongolską i poćwiczyć tradycyjny mongolski śpiew gardłem (które go boli, żeby nikt nie miał wątpliwości). Moja delikatna uwaga, że jego nowi idole mnie nie porywają, fanką nie będę, więc jeśli o mnie chodzi, to nie musi już dalej  ćwiczyć, bardzo go zabolała. Nic to, nie ma co dyskutować z człowiekiem z gorączką. Przegrzane umysły wpadają na różne dziwne pomysły, a potem… zdrowieją.

A poniżej zapraszam do zapoznania się tradycyjnym mongolskim śpiewem gardłem. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Jedna myśl na temat “Melancholia wrześniowa i mongolskie śpiewy

Odpowiedz na „joanAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close