odaibafire-1543ow

Lanie wody

Ok, dawno mnie tu nie było, za co wiernych czytelników przepraszam. Niestety nie mogę powiedzieć, że byłam jakoś strasznie zajęta, chociaż co prawda uczę się japońskiego, a i życie towarzyskie trochę mnie ostatnio pochłonęło :)  Jak do tego dodamy spadek motywacji, na który znacząco wpłynęły wyniki mojej strony w Google, to co nieco się pewnie wyjaśni. Ale od początku.

Nieskromnie powiem, że na tworzeniu stron internetowych trochę się znam, bo zajmuję się tym od bardzo dawna.  Na pozycjonowaniu stron znam się trochę mniej, ale jednak i tu mogę być niebezpieczna jeśli zechcę :) (TO NAPRAWDĘ NIE JEST kryptoreklama :D) W każdym razie po długotrwałej i żmudnej pracy przenoszenia naszego starego bloga „Lost In Translation”, którego już niestety nie znajdziecie w sieci, postanowiłam zająć się pozycjonowaniem strony. Efekty mojej pracy powaliły nawet mnie, bo mój blog spadł z szóstej strony Google na jakąś 50 stronę, lub niżej, gdyż najprawdopodobniej w ogóle nie był ewidencjonowany w wyszukiwarce. Pozbawiło mnie to motywacji na dłuuugi dłuuugi czas, bo stwierdziłam, że za co się nie wezmę, to i tak mi nie wyjdzie. Do tego mąż żartował, że powinnam zająć się profesjonalną dywersją, czyli innymi słowy zajmować się pozycjonowaniem stron u konkurecji. Żartowniś 😛

Co się jednak okazało, strona w Google powróciła na swoje miejsce sama z siebie (to był tylko tzw. taniec google, co uświadomiła mi dobra koleżanka i jednocześnie ekspertka od SEO), a następnie przy pomocy pewnego dobrego duszka nasza strona na facebooku zyskała sporo nowych fanów (za co bardzo bardzo dziękuję!), co ostatecznie zmotywowało mnie do powrotu do pisarstwa. Jeszcze będziecie mnie prosić, żebym przestała pisać i zajęła się życiem towarzyskim! 😛

No dobra, a teraz w wielkim skrócie napiszę co się działo, kiedy mnie nie było.  A więc po pierwsze mierzyliśmy się z bzdurną japońską biurokracją. Bitwę na papierki i pieczątki niestety przegraliśmy sromotnie na wszystkich frontach, osobny wpis na ten temat pojawi się na blogu niebawem. Ponadto przeniosłam się z jednego kursu japońskiego na inny. Mój pierwszy kurs nie poszedł zupełnie na marne, ale był jednak trochę marnowaniem czasu, bo opierał się na pracy nauczycieli wolontariuszy i nie było tam niestety stałych grup. W praktyce oznacza to zajęcia prowadzone ad hoc, bez żadnego, nawet śladowego programu. Nowy kurs jest organizowany na uniwersytecie, jest już co prawda na półmetku i muszę sporo materiału nadgonić jeśli chcę zostać w grupie, a że bardzo chcę, będę teraz naprawdę zajęta.

Na samym początku wspomniałam o tym jak bardzo pochłonęło nas życie towarzyskie w Tokio. Z jednym z naszych wyjść wiąże się średnio zabawna historia, której bohaterem jak zwykle jest mój mąż. Otóż mój mąż słynie z tego, że nigdy nigdzie nie zjawia się na czas, wyjście z domu zajmuje mu całe godziny, pakowanie to koszmar, a potrójny przegląd rzeczy, które już spakował, to oczywiście potrójny koszmar. Tak więc gdy on się powoli zbiera, ja czekam gotowa w drzwiach i ciążę w kierunku korytarza i windy cały czas pokrzykując, żeby on się WRESZCIE ruszył. Ostatnią taką scenę mieliśmy w piątek, gdy wychodziliśmy na imprezę pożegnalną połączoną z amerykańskim Dziękczynieniem. Mój biedny mąż tak był zestresowany tym moim poganianiem, że wyszedł z domu nie zakręcając wody w kranie, która to lała się radośnie i nieprzerwanie przez następne 7 godzin…  Kto bogatemu zabroni, prawda?

Niestety nie udało mi się w tym roku uniknąć problemów z gardłem, znowu jestem chora. O ile w Holandii z reguły zarażał mnie ktoś w pracy, bo jesień i zima były zawsze najbardziej pracowitym okresem i rzadko kiedy coś tak trywialnego jak gorączka, grypa czy angina powstrzymywała kogokolwiek przed przyjściem do biura, choćby na 3 godziny, żeby tylko skończyć „coś-bardzo-ważnego”. Tu natomiast bezsprzecznie winowajcą jest japońskie uwielbienie do urządzania tropików w pociągach, centrach handlowych, na stacjach i wszelkich zamkniętych pomieszczeniach. Na zewnątrz temperatura oscyluje wokół 14-15 stopni, w naszej dzielnicy dochodzą do tego dość silne wiatry znad zatoki potęgowane  jeszcze przez wysokie budynki, więc ubieram się w miarę ciepło, potem w pociągu mam temperaturę +28 stopni, potem się przesiadam, więc znowu 14, potem następny pociąg +28 stopni, następna przesiadka, piętnastominutowy spacer i już… człowiek chory.

Na szczęście nawet w chorobie nie brakuje małych przyjemności :) W sobotę w Odaibie odbył się piękny pokaz fajerwerków. Zdjęcia poniżej:

Następny pokaz odbędzie się w sobotę 7 grudnia. Nie przegapcie!

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close