Kioto

Kioto bez celu

Nasz wyjazd do Kioto był niezupełnie prywatny, połowa z nas pracowała, a druga połowa (ja) w tym czasie samotnie szwendała się po parkach, zabytkach i ulicach Kioto. Do samotnego zwiedzania jestem przyzwyczajona, chociaż nie jest to moja ulubiona rozrywka. W Kioto jeszcze miałam utrudnione zadanie, ponieważ mój pierwszy dzień planowego zwiedzania zbiegł się z wielkim oberwaniem chmury, co zmusiło mnie do pozostania pod dachem. Zaczęłam oczywiście od kawiarni, a gdy już opiłam się kawy i przeczytałam cały internet, postanowiłam pochodzić w tę i z powrotem zadaszoną ulicą Shijo – tak, tą samą, o której ostatnio pisałam, że nie jest fajna. Nadal nie jest fajna, ale przynajmniej na głowę się nie lało :) .

Wieczorem (nadal lało) zostaliśmy zaproszeni do tradycyjnej japońskiej restauracji specjalizującej się w tofu. Nigdy bym nie przypuszczała, że tofu można przyrządzić na tak wiele różnych sposobów. Zwłaszcza, że do niedawna jeszcze uważałam, że najlepszy sposób na przyrządzenie tofu to:

  1. Wyrzucić tofu do śmieci,
  2. Usmażyć mięso.

Poniżej tylko niektóre z potraw, które regularnie donosiły panie w kimonach:

Kolejny dzień był już zdecydowanie lepszy, bo chociaż deszczowe chmury groźnie wisiały na niebie, to jednak nie spadła ani jedna kropla deszczu. Rano wybrałam się na ulicę Hanami-Koji, która jest najsłynniejszą ulicą Gion, czyli starej dzielnicy rozrywki, przy której do dziś mieszkają i pracują gejsze. Za dnia ta ulica niestety nie ma ani odrobiny swojego nocnego uroku – środkiem ulicy pędzą skutery i samochody dostawcze, a bokiem ciągną tłumy wrzeszczących turystów, co chwilę przystając, aby zrobić zdjęcie lub przejrzeć menu zamkniętych o tej porze restauracji. Japończycy najwyraźniej nie dojrzeli jeszcze do instytucji deptaka. Szkoda.

Następnie pojechałam do klasztoru Nanzen-ji. Jest to największy klasztor Japonii i główny klasztor szkoły zen rinzai, czyli jednej z dwóch głównych szkół japońskiego buddyzmu zen. Założony w 1260 roku, pięknie położony wśród drzew, nieco na uboczu miasta, zajmuje wielką powierzchnię i składa się z głównej bramy Sanmon, świątyń, Budynku Buddy, Budynku Mnichów i wielu innych obiektów, które razem tworzą jeden z najwspanialszych kompleksów w Kioto.

To tutaj znajdują się jedne z najważniejszych malowideł, między innymi „Tygrys pijący wodę”. Na główną bramę Sanmom można się wspiąć i popatrzeć do środka. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo nie mieliśmy ze sobą żadnego przewodnika, więc gdy już zajrzałam do środka, to z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że nie mam szczęki, bo… opadła mi z zachwytu. Wnętrze tej bramy jest po prostu przepiękne! Nie można niestety robić tam zdjęć, więc wszystkie poniższe pożyczyłam sobie z internetu (a dokładnie stąd i stąd):

W tej bramie, a właściwie w jej poprzedniej wersji, został schwytany XVI-wieczny japoński Robin Hood – Ishikawa Goemon – którego później skazano na śmierć przez ugotowanie w kotle (mieli fantazję, co?). W Nanzen-ji znajduje się także kilka ogrodów, wstęp do wszystkich jest płatny.

Po zwiedzeniu Nanzen-ji wybrałam się do kolejnego kompleksu świątynno-klasztornego, czyli do Chion-in. Główny pawilon jest w trakcie upiększania na Olimpiadę 2020 i aktualnie jest schowany w środku wielkiej, brązowej budy, ale ciągle można wchodzić do środka.

Warto tu zobaczyć malowidła, a zwłaszcza kota, który patrzy w trzy strony jednocześnie. Trochę gimnastykowałam się przy tym kocie, żeby uchwycić to jego spojrzenie 3w1, co bardzo rozbawiło mnicha sprzedającego bilety do świątynnego ogrodu. Niestety swoimi akrobacjami nie zasłużyłam na żadną zniżkę :( Poniższe zdjęcie również zostało pożyczone z internetu (źródło), ponieważ oryginalnego kota fotografować nie można:

cat_3
Kot, który patrzy w trzy strony jednocześnie

 

Następnie postanowiłam przejść się do Kiyomizu Dery, czyli jednej z najważniejszych świątyń w Kioto, ale ona również upiększa się na olimpiadę i jest przykryta szarym czymś. Na szczęście byłam tam już kilka razy wcześniej, więc żalu nie ma. Same okolice Kiyomizu Dery są również bardzo urokliwe i zdecydowanie warto zejść z głównej ulicy i pobłąkać się w labiryncie bocznych uliczek.

Po tym wszystkim wciąż mi było mało, więc poszłam jeszcze do świątyni Yasaka, która zawsze bardzo mi się podobała. Tam po raz trzeci tego dnia zostałam zaczepiona przez grupę uczniów polujących na cudzoziemców, którzy na zagranicznych turystach ćwiczą angielski. Ci przynajmniej w zamian za mój cenny wkład, podarowali mi prezent:

origami
Origami

Wieczorem, już we dwójkę, stwierdziliśmy, że bardzo świetnym pomysłem byłoby zrobić sobie piknik w okolicach świątyni Yasaka, która jest pięknie oświetlona lampionami.

yasaka
Świątynia Yasaka

Zaopatrzeni w zestawy obiadowe ze sklepu 24h przysiedliśmy gdzieś na murku, ale najwyraźniej zajęliśmy miejscówkę lokalnemu szczurowi, który na nasz piknik wparował jak do siebie. Jakby szczur nie wystarczył, to na dokładkę przypełzło jeszcze obłe, wstrętne coś. Na szczęście tego wieczoru spotkaliśmy dwie gejsze, więc bilans wyszedł na zero :-) O gejszach i nocnym życiu Kioto będzie więcej w następnym wpisie, a póki co zdjęcie uciękającej gejszy:

_DSC7355_1
Tak, wiem, że to zdjęcie jest bardzo marne, ale nie jest łatwo nocą sfotografować obiekt, który ucieka co sił w nogach. Poza tym wierzcie mi, to jedyne zdjęcie, które zrobiłam tamtej nocy, na którym jako tako widać gejszę 😉 Mąż jest załamany, bo ciągle mi tłumaczy co mam robić z przesłoną i czasem otwarcia migawki, ale oporna ze mnie materia.
Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

6 myśli na temat “Kioto bez celu

  1. O matko, przeczytałam mojej Karoli fragment o szczurze, a ona dostała oczy jak talerze;) Tragicznie boi się tych stworzeń. Ta świątynia przepięknie oświetlona. Jak czytam Twoja bloga i oglądam zdjęcia, to zdaję sobie sprawę, że jest to jednak dla Europejczyka totalna egzotyka.
    I nie przejmuj się, ja też na technikę jestem odporna;)
    Pozdrawiam:)

    1. Ja też nie lubię szczurów, a niestety często spotykam :( Do Japonii już się przyzywczailiśmy i część tej egzotyki udało nam się oswoić, ale początki były bardzo trudne – przez nasze pierwsze miesiące w tym kraju, czuliśmy się jak z misją na Marsie :)

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close