Jet lag oraz inne uroki latania

in-the-sky

Po zeszłorocznym braku atrakcji świąteczno-noworocznych (o świętach w Japonii przeczytasz TUTAJ i TUTAJ) tegoroczne święta postanowiliśmy spędzić w Polsce. Od Polski dzieli nas 12 godzin lotu, i co by nie mówić, łatwo nie było.

Gdy już na lotnisku w poczekalni obok Ciebie siada rodzina z dwójką dzieci, wiedz, że coś się dzieje. Jedno z dzieci było sześciotygodniowe (wiemy, bo podsłuchaliśmy rozmowę rodziców), drugie starsze, dziewczynka, na oko dwuletnia.

– Zgadnij gdzie będą siedzieć…  – zaczyna krakać mąż – To małe pewnie będzie się darło, ale dziewczynka już taka całkiem duża, coś pewnie rozumie, powinno być ok.

Dziewczynka w tym czasie wygrzebała spomiędzy płytek podłogowych stary, rozdeptany makaron, który zjadła bez chwili wahania.

– Nie ma dla nas żadnej nadziei… – dodałam optymistycznie.

Wykrakał oczywiście. Ta dwójka, plus trójka innych dzieci siedziała w rzędzie przed nami i dzieci wrzeszczały na zmianę przez 11 godzin lotu bez przerwy, aż do samego Frankfurtu. Co taki jedenastogodzinny dziecięcy wrzask robi ludziom z mózgu, wie tylko ten, kto to przeżył. My w każdym razie zaczęliśmy mówić z sensem dopiero po trzech dniach.

Na ostatniej prostej, czyli z Frankfurtu do Wrocławia, tuż za nami siedziały trzy kobiety, które głośno i entuzjastycznie debatowały na temat ozdób choinkowych. Przez godzinę. Tak. Na temat ozdób.

– Bo ja proszę Ciebie, to całe życie ubierałam choinkę na złoto i czerwono, ale w tym roku tak mnie tak naszło, że może by trochę srebra dorzucić…
– Ale oczywiście kochana, dorzuć, co Ci szkodzi.
– Nie pogryzie się myślisz? Bo ja całe życie tylko na złoto i czerwono…
– Ja widziałam ostatnio na wyprzedaży takie srebrne łańcuchy. Cztery euro za nie chcieli, a brzydkie jak nie wiem co…

I tak przez godzinę. Zaczęliśmy się już nawet rozglądać za jakimś płaczącym dzieckiem celem zagłuszenia powyższej rozmowy, ale nigdzie żadnego nie było. Oczywiście jak potrzebne, to nigdy nie ma.

luft

Powrót był lepszy, ale również nie pozbawiony atrakcji. Już dzień przed wylotem okazało się, że nie możemy się odprawić online, bo system wymyślił sobie, że potrzebne są nam wizy. Celem wyjaśnienia napiszę tylko, że Polacy wybierający się do Japonii na okres nie dłuższy niż 90 dni nie potrzebują wiz do Japonii i nigdy nam się na zdarzyło, żeby ktokolwiek kiedykolwiek wymagał od nas okazania japońskich wiz na niejapońskim lotnisku, a lataliśmy już do Japonii z Holandii, Niemiec, Korei, Singapuru czy  Australii. Stewardessa odprawiająca nas na lot nie do końca radziła sobie z systemem, co zresztą bardzo głośno komentowała. Ostatecznie wydała nam karty pokładowe, ale z komentarzem, że jej zdaniem jest coś nie tak.

We Frankfurcie lot jak zwykle opóźniony o godzinę (zaczynam rozumieć dlaczego Ryanair uparcie nazywa Lufthansę Latehansą), ale tym razem wybraliśmy miejsca, od których w promieniu 50 metrów nie było żadnych widocznych dzieci. Sam lot jednak przypadł akurat na dzień, w którym przez Europę przetaczały się jakieś wielkie wichury i start samolotu był dość nieciekawy. Nawet mój mąż, który normalnie w takich sytuacjach zabawia współpasażerów żarcikami o spadających samolotach i o tym co właśnie słyszy pilot w kokpicie (a słyszy jakoby seksowny głos Pani Twacs mówiąy „Terrain ahead. Pull-up…”), siedział wyjątkowo cicho. Dziwi mnie zresztą, że on jeszcze za te dowcipasy nie dostał nigdy od nikogo w zęby  – żartuje sobie w końcu po angielsku, a ludzie podczas startu bywają naprawdę zestresowani.

temp1

Japonia przywitała nas słońcem, co po trzytygodniowej słonecznej abstynencji było po prostu czymś wspaniałym. Nie jest też jakoś szczególnie zimno, chociaż temperatura w mieszkaniu spadła do 14°C. Męczy mnie natomiast, i to męczy potwornie, jet lag – czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej. Od przylotu nie przespałam ani jednej nocy, za to przespałam już kilka dni. Gdy śpię, jeszcze jakoś daję radę, gdy nie śpię jest bardzo źle – zmęczenie wzmaga u mnie agresję i obecnie jestem w nastoju wyjątkowo nieprzysiadalnym. Wczoraj z bezsilności postanowiłam wziąć tabletkę nasenną, jednak mąż urządził scenę pod tytułem „to jest za mocne, pół się bierze” , po czym wydzielił mi połówkę,  a resztę gdzieś schował. W zasadzie to bez znaczenia, bo ta tabletka i tak nie działa. Albo to jest jakaś homeopatia albo te tabletki bierze się tylko jak człowiek jest już bardzo śpiący i ze zmęczenia ledwo trzyma się na nogach. Ktoś zna jakieś sposoby na jet lag? Pomocy!

you-tokyo
Na lotnisku
Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

7 myśli na temat “Jet lag oraz inne uroki latania

  1. na jet lag, ponoć najlepiej jest rano zmusić się do zjedzenia śniadania i tak przez kilka dni, to organizm się przyzwyczai ^^”

  2. Sytuacji z wymiotującym co chwilę dzieckiem nie zazdroszczę… A co do jet lagu, to samo odpuściło mi po 10 dniach, ale następnym razem wypróbuję ten patent ze śniadaniem 😉

  3. Dlatego my staramy się nie ciągac dziecia w czymś co nie jest samochodem i nie ma przedziałów.
    Niestety po świętach musieliśmy wracąć bezprzedziałowym wagonem i chwilami nasze dziecię (13 m-cy wtedy) dostawało pier…lca (sorki, ale inaczej tego nie da się nazwać). Na szczęście z 6h około 1h przespało i marudziła tylko przy zasypianiu bo w wagonie było jak w sunie… ah to PKP

  4. A ja słyszałam o tym, że trzeba się nawadniać, nawadniać i jeszcze raz nawadniać zamiast najadać. Czyli jeść lekko a pić dużo wody. Ponoć dobrze działa też sok z pomidorów. Osobiście nie bardzo przepadam za sokiem tomatowym, choć pomidory zjadam jak truskawki – chętnie, entuzjastycznie i żarłocznie (prawie że z szypułką;) Nie przetestowałam, bo nie miałam jeszcze okazji do „zakosztowania” jet lagu:)

    1. Dodam też, że podróże z głośnymi i dopraszającymi się atencji dziećmi wychodzą mi bokiem nawet przy godzinnej jeździe autobusem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby przyszło mi ten czas pomnożyć 12 razy – albo bym się zamknęła w sobie, a potem nie wyszła przez tydzień, albo bym wybuchła. Opcja druga straszniejsza, szczególnie dla tych dzieciaków i pewnie ich rodziców:)

      1. Sok pomidorowy w samolotach popija mój mąż, ja jakoś nie przepadam. Rzadko też jem coś w samolocie, bo jedzenie jest często paskudne, chyba, że załapiemy się na opcję wegetariańską, które jest przyzwoita, biorąc pod uwagę standardy linii lotniczych , ale trzeba „zamawiać” z wyprzedzeniem (przy check-in). Ja podczas lotu najczęściej jestem zmęczona pakowaniem na ostatnią chwilę 😉 , podróżą na lotnisko i w samolocie po prostu śpię. Ale przy tych dzieciach niestety nie było na to szans.

Odpowiedz na „HyuiAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close