NSC_6909-4

Jedziemy na wycieczkę

Po tygodniach mężowskiego marudzenia, że nigdzie nie jeździmy i on nic ciekawego w życiu nie widział i już pewnie nie zobaczy, postanowiliśmy „gdzieś” pojechać. Padło na Kawaguchiko, bo ładnie i niedaleko. Na wycieczkę wybraliśmy się autobusem –  taniej i jakimś cudem szybciej niż pociągiem. Nie pytajcie co to za cud, ale cud to był w istocie. No ludzie! Ja wózkiem sklepowym w supermarkecie jeżdżę szybciej niż ten autobus po autostradzie.

Po przyjeździe do Kawaguchiko zdecydowaliśmy, że w pierwszej kolejności poszukamy pagody Chureito, którą wszyscy znacie, nawet jeśli w życiu o niej nie słyszeliście. Wystarczy, że widzieliście jakieś romantyczne zdjęcie góry Fudżi z wiśniami czy czerwonymi liśćmi klonu i pagodą (a jestem pewna, że widzieliśie). Było wcześnie rano, na niebie słońce, widoczność dobra (w sensie, że górę było widać), więc decyzja była szybka. Z Kawaguchiko do pagody trzeba jechać cztery stacje pociągiem, a następnie powspinać się trochę na niewielką górkę. U podnóża górki znaleźliśmy się wcześnie rano, wokół żywej duszy, więc rozstawiamy się ze sprzętem fotograficznym, bo widok ładny (schody, malutka brama torii, czerwone liście klonów), cisza, spokój, ptaki śpiewają, liście szumią na wietrze… I nagle jak spod ziemi (rozumiecie? JAK SPOD ZIEMI !) wyrosła wycieczka japońskich emerytów, którzy wbiegli na schody robiąc hałas, zamieszanie i jakiś straszny tłok. Normalnie jak dzikie konie! 😀 A już po chwili po całej grupie nie było nawet śladu, nie zatrzymali się ani na chwilę, żeby popatrzeć na klony czy Fudżi… Dziś już sama nie wiem czy oni tam naprawdę byli czy tylko nam się wydawało?

Troszkę nam z tymi zdjęciami na schodach zeszło. W międzyczasie widoczność się popsuła, ale nic to, niczym niezrażeni wspinamy się na górę. Na górze czekała na nas niespodzianka numer jeden – czerwonych liści nie ma i do przyszłego roku nie będzie. Góry też nie za bardzo było widać, ale za to pagoda Chureito jest naprawdę bardzo ładna.

W punkcie turystycznym dostaliśmy jeszcze broszurkę, z której wynikało, że niedaleko znajduje się świątynia shinto i ją też postanowiliśmy odwiedzić. Nie mogliśmy jej znaleźć (na mapach w telefonach nie mogliśmy) i już na pocieszenie zaczęliśmy sobie wmawiać, że żadna strata, wszystkie świątynie są w końcu takie same… i oto jest! Tuż u podnóża górki, przy samym wejściu na schody, przy którym to wejściu dokładnie spędziliśmy 40 minut. Niezbyt dobrze świadczy to chyba o naszym odbiorze rzeczywistości i zmysłach obserwacji, ale…  wcześnie rano było, no. :) . Świątynia nam się bardzo podobała:

Hakone-6993-11

Następnie historycznym pociągiem (tym samym, którym przyjechaliśmy) wróciliśmy do Kawaguchiko. Jakaś dziewczyna, która na co dzień zajmuje się czytaniem nazw stacji w pociągu, przyniosła nam dziecięce czapki kolejarza i zrobiła nam pamiątkowe zdjęcie (to był jej pomysł i bardzo naciskała, żebyśmy się zgodzili). Zapytała skąd jesteśmy, o Polsce nic ciekawego nie słyszała, ale stwierdziła, że skoro Polki są takie piękne, to może się wybierze. O polskich mężczyznach niestety nic nie wspominała. Przykro mi panowie 😉 .

Hakone-7018-15

Kawaguchiko to miejscowość położona nad jeziorem o tej samej nazwie. Linia brzegowa jest bardzo rozwinięta i przystosowana do masowej turystyki. Wokół jeziora kursuje kilka specjalnych autobusów, są hotele, sklepy, place zabaw i wiele muzeów sztuki. Jest to popularne miejsce wycieczek jednodniowych jak i kilkudniowych, gdyż jeden dzień to faktycznie za mało, żeby zobaczyć wszystko. My zdecydowaliśmy się na tunel klonowy, czyli 100 metrów klonów posadzonych tuż przy starym i aktualnie wyschniętym minikanałem. Klony faktycznie były czerwone i wyglądały przepięknie, ale to było również najbardziej oblężone miejsce przy jeziorze i trzeba było dosłownie walczyć o miejsce przy drzewie.

Po obejrzeniu klonów postanowiliśmy trochę pospacerować wzdłuż brzegu, a następnie wjechać kolejką linową (a raczej tzw. puszką z mielonką) na szczyt góry Tenjō. Widok z góry ładny, ale swoje do kolejki trzeba odstać, a więc to opcja zdecydowanie dla niezmarzniętych i niegłodnych. Radzę rozważyć z wyprzedzeniem.

Na więcej atrakcji zabrakło nam już czasu. Wieczorem zawitaliśmy jedynie do lokalnej restauracji z udonem (makaron z warzywami zalany bulionem), gdzie wystrój i obsługa pamiętają chyba czasy poprzedniego cesarza, a następnie wybraliśmy się na stację błagać panią w okienku, żeby sprzedała nam bilet na autobus do Shinjuku (Tokio). Jej reakcja: „NA DZISIAJ ?!! ZWARIOWALI.”. Biletów do Shinjuku oczywiście nie było, więc kupiliśmy bilety na lotnisko, które potem zmieniliśmy na jeszcze inne, a na drogę trzy kartony Kit Katów o smaku wasabi :) . Nie są za dobre, więc dużo nam zostało. Jacyś chętni?

wasabi kitkat

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

4 myśli na temat “Jedziemy na wycieczkę

Odpowiedz na „MaikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close