Hokkaido Jezioro Toya

Hokkaido, pierwsze wrażenia

Hokkaido słynie z przepięknych widoków i one rzeczywiście nas nie zawiodły, ale aby docenić je w pełni, trzeba nauczyć się patrzeć w taki sposób, aby nie widzieć szkaradnej, zaniedbanej, opuszczonej lata temu architektury, która w czasach swojej świetności wykradła dla siebie najpiękniejsze zakątki wyspy. Góry, lasy i jeziora zachwycają pięknem, ale samo Hokkaido to po prostu japońska prowincja ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Mamy tu więc zaniedbane, wyludnione wioski, w których niemal nie ma młodych ludzi, puste hotele-straszydła, których ostatnich gości nie pamiętają nawet najstarsi ludzie z pobliskiej wioski, a które ze swoimi wieżyczkami, kolumnami i różowym tynkiem, spokojnie mogą startować w plebiscycie „Makabryła Roku”. Mamy tu również zamknięte na wszystkie spusty restauracje i sklepiki, oraz kompletnie opustoszałe ulice.

Owszem, ma to pewien urok, gdy chce się odpocząć od tokijskiego tłumu i szaleństwa, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że gdzieś tu niedawno upadł jakiś mur i wszyscy korzystając z nadarzącej się okazji uciekli jak najdalej w poszukiwaniu lepszego życia, pozostawiając za sobą jedynie starych i schorowanych. Nie przeszkadzało nam to zbytnio, zachwycaliśmy się przyrodą i przestrzenią, a w rozpaczliwe tony wpadaliśmy dopiero wieczorem, gdy szukaliśmy restauracji czy baru i co chwila odbijaliśmy się od zamkniętych drzwi. My co prawda zawitaliśmy na Hokkaido już po letnim sezonie turystycznym, ale z pewnością zimą, gdy do górskich miejscowości przyjeżdżają miłośnicy sportów zimowych, do wiosek i miasteczek wraca życie.

Muszę jednak przyznać, że Hokkaido nas nieco rozczarowało, bo spodziewaliśmy się dzikiej, nieokiełznanej przyrody, obrazków jak z pięknych, retuszowanych zdjęć z folderów. Nasza wina oczywiście, bo jesteśmy w Japonii już tak długo, że powinniśmy wiedzieć, że Japończycy mając nawet zielony skwerek 2 x 2m w centrum betonowej dżungli, zrobią  o tym folder i pokażą odurzającą pięknem enklawę ciszy i spokoju, zmieniającą odpowiednio kolory w zależności od pory roku. Do tego wmówią ci, że możesz tu kontemplować piękno przyrody i choć na chwilę zapomnieć, że jesteś w ścisłym centrum śmierdzącego miasta. Posługuję się tu nie do końca sprawiedliwym porównaniem, bowiem Hokkaido jednak ocieka zielenią, ale z jakiegoś powodu spodziewaliśmy się więcej, czekaliśmy na efekt „wow!”, chcieliśmy się zachwycić w taki sposób, żeby potem już nic nigdy nie było takie samo. Wiecie na pewno o co mi chodzi, prawda? 😉 I chociaż mieliśmy udaną wycieczkę i z pewnością będziemy mieli co z niej wspominać, to Hokkaido nie zachwyciło nas na tyle, żebyśmy myśleli o wyspie jak o miejscu, do którego będziemy wracać.

Hokkaido Jezioro Toya

Naszą wycieczkę zaczęliśmy w Sapporo, które jest stolicą prefektury oraz zimową stolicą Japonii. Miasto jest zupełnie nijakie jak dziesiątki innych w kraju i gdyby mnie ktoś w środku nocy wysadził na którejkolwiek ulicy Sapporo nie mówiąc mi gdzie jestem, to w życiu bym nie zgadła, że to Sapporo właśnie. Nasz hotel znajdował się w samym centrum miasta, ale główne wyjście prowadziło wprost do dzielnicy klubów z hostessami, burdeli udających salony masażu czy mydlarni (taki japoński wynalazek, w którym dziewczyny myją klientów) i poważnych, groźnie wyglądających panów pilnujących nie wiadomo czego na każdym rogu ulicy. Nie zaczepaliśmy nikogo, więc i nas nikt nie zaczepiał.

Hokkaido Sapporo
Sapporo
Hokkaido Sapporo
Zaglądamy do klubu z hostessami.

Spokojnie wybraliśmy się na poszukiwanie ramenu, z którego Sapporo przecież słynie. Znaleźliśmy słynną Ramen Yokocho, czyli małą uliczkę z małymi restauracjami, w których serwuje się tylko ramen. Jak się później okazało, był to początek dłuższej serii pod tytułem „ramen”, gdyż na Hokkaido restauracje z ramenem znajdują się na każdym rogu ulicy i w każdej wiosce, nawet jeśli mieszka tam tylko jedna osoba. I są zawsze otwarte. Jedliśmy więc ramen o wiele częściej niż chcieliśmy czy planowaliśmy, ale nie mieliśmy innego wyjścia, bo jako alternatywę najczęściej mieliśmy kanapki albo zestawy obiadowe ze sklepików 24 godzinnych. Od razu informuję, że ramen z Hokkaido jest przereklamowany – gdy go porównać z ramenem na przykład w Tokio, nie wyróżnia się znacząco ani na plus ani na minus.

A photo posted by TokyoPongi (@tokyopongi) on

W mojej opinii kuchnia Hokkaido ogólnie jest przereklamowana, bo ani sushi, które miało „odmienić na zawsze sposób w jaki myślę o sushi” (cytat z turystycznego folderu) niczego nie odmieniło i nadal uważam, że najlepsze sushi serwują w Tokio przy targu rybynym w dzielnicy Tsukiji, ani warzywa, nie okazały się lepsze niż te w Tokio (to tak naprawdę są te same warzywa), wołowina zdecydowanie lepsza jest w regionie Kansai, ziemniaki i jabłka nadal najlepsze są w Polsce, a sery z Hokkaido tym holenderskim, to mogą buty czyścić. W ogóle nie warto mieć żadnych oczekiwań względem serów w Japonii, bo tutaj nie można wytwarzać niczego z niepasteryzowanego mleka. I to by było na tyle w kwestii serów. Najlepsze co udało nam się zjeść na Hokkaido to baranina ze specjalnego grilla typu Jingisukan (po naszemu to Czyngis-chan), którą grilluje się na swoim własnym stoliku na specjalnym wypukłym grillu, pod którym żarzy się węgiel. Przy okazji podwędza się też gości restauracji, a ubrania, w których się przyszło można sobie od razu zapakować do torby z toksycznymi odpadami i wyrzucić, ale co tam, było warto!

Hokkaido Jingisukan

Już pierwszego dnia naszej wycieczki pojechaliśmy do Otaru, żeby zobaczyć Wenecję Japonii. Miasto słynie z kanałów i wyrobów ze szkła. Dopiero na miejscu okazało się, że nazwa „Wenecja” jest mocno na wyrost, bo kanał jest jeden, a oprócz sklepików z pamiątkami, nie bardzo jest co oglądać. Dziękowaliśmy opatrzności, że nie zdecydowaliśmy się tam na nocleg. Następnie udaliśmy się prosto w okolice jeziora Tōya i parku narodowego o tej samej nazwie, mijając po drodze (no dobra, nie było po drodze, pojechaliśmy tam specjalnie) przylądek Kamui.

Jezioro Tōya, piękne, otoczone przez porośnięte lasami góry, to największe jezioro kalderowe na świecie. Nasz hotel, który znajdował się tuż przy samym brzegu, udawał ryokan, czyli tradycyjny dom gościnny, więc nie miał w pokojach łazienki – w ofercie był jedynie wspólny onsen, czyli gorące źródła. Ale przynajmniej nikt nie bronił wchodzić tam z tatuażem. Podłoga w naszym pokoju wyłożona była tatami, którego ja nie znoszę, bo śmierdzi stodołą, a w ramach walki z rozpasaniem i marnotrawieniem surowców wykręcono nam żarówki w przedpokoju, a tam właśnie znajdowało się jedyne lustro, przed którym próbowałam robić sobie – z lepszym, ale najczęściej gorszym skutkiem – makijaż. W pokoju przewidziano dla nas jedno jedyne gniazdko, ale przyznaję – widok z okna RZUCAŁ NA KOLANA.

Hokkaido Jezioro Toya
Nasz widok z okna.
Hokkaido Jezioro Toya
Zachód słońca.

Hokkaido Jezioro Toya

W dodatku nad jeziorem od lipca do października codziennie wieczorem odbywają się pokazy fajerwerków. Nie bardzo wiadomo dla kogo te pokazy, bo turystów o tej porze roku tam niewielu, więc był to taki trochę prywatny pokaz, przez co mogliśmy poczuć się jak VIP-y 😉 Okolice jeziora Tōya obfitują w piękne widoki i warto spędzić tu kilka dni. My mieliśmy jedynie dwa, przez co wiele atrakacji zwiedzaliśmy w biegu, albo wprost samochodem, żeby zaoszczędzić na czasie i zobaczyć jak najwięcej. I to właśnie okolice jeziora Tōya podobały nam się najbardziej, chociaż miasteczka usadowione tuż przy samym brzegu straszyły szpetną architekturą, a na domiar złego po jeziorze pływała łódka jak z koszmaru, która przy dźwiękach okropnej muzyki puszczanej na całą moc głośnika, zabierała turystów na wyspę znajdującą się na środku jeziora.

Hokkaido Jezioro Toya
Pływający i rozśpiewany zamek.

Tuż przy Centrum Informacji Turystycznej, swoją drogą jednym z najlepszych jakie widziałam w życiu, w miejscowości Toyako znajduje się tzw. opuszczone miasto, chociaż tak naprawdę jest to tylko kilka budynków, zniszczonych przez erupcję pobliskiego wulkanu, która miała miejsce w 2000 roku. Można spacerować tuż obok zalanych błotną lawiną bloków mieszkalnych i bydynku łaźni i na własne oczy zobaczyć skutki niszczycielskiej siły natury. Ścieżka zaczynająca się w opuszczonym mieście prowadzi aż do krateru góry Nishiyama, ale my ten krater „zwiedziliśmy samochodem” wcześniej tego dnia.

Przy jeziorze Tōya znajduje się piękna farma Lake Hill Farm, na terenie której działa kawiarnia. W menu znajdziemy nie więcej niż pięć pozycji, ale ciasta, szczególnie sernik, są warte polecenia, więc jeśli będziecie w okolicy, nie pomińcie tego miejsca. Oprócz kawiarni z widokiem, na terenie farmy znajdziemy poletko z kwiatami, konie i króliki, oraz niezbyt mądrą kozę.

Hokkaido Jezioro Toya
Lake Hill Farm

Hokkaido Jezioro Toya

To tyle jeśli chodzi o pierwsze wrażenia i nasze pierwsze dni na Hokkaido. Ciąg dalszy nastąpi :)

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

6 myśli na temat “Hokkaido, pierwsze wrażenia

  1. Tak ze zdjęć to całkiem zacnie wygląda wyspa. A może opanowaliście japońską sztukę robienia folderów :))
    Chętnie byśmy tam kiedyś trafili. A swoją drogą, wy jeszcze na Okinawie nie byliście, prawda?

    1. Well… na pewno opanowaliśmy sztukę kadrowania 😀 Na Okinawie nie byliśmy, na razie nas tam nie ciągnie, ale jak się trafi jakaś dobra okazja, to kto wie 😉

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close