hakuba

Hakuba i Alpy Japońskie

Hakuba leży w prefekturze Nagano, a prefektura Nagano to jedyna prefektura, którą Japończycy uważają za górską, mimo że gdzie by tu nie spojrzeć, wszędzie są jakieś góry. Hakuba to bardzo spokojne miejsce, ale z pięknymi i świetnie przygotowanymi trasami i rozbudowaną bazą noclegową. Nie dajcie sobie jednak wmówić, że wioski w Alpach Japońskich wyglądają tak jak ich odpowiedniki w prawdziwych Alpach (taka opinia jest dość powszechna na blogach czy różnych forach), bo to jednak nieprawda i jeśli źle znosicie rozczarowania, może być wam na miejscu bardzo przykro. Hakuba to mała i do bólu japońska wioska, czyli spodziewajcie się pstrokacizny, prowizorki i zaniedbanych domków, tak typowych dla japońskich prowincji. Nie piszę oczywiście o hotelach czy pensjonatach, te zazwyczaj są zadbane i na swój sposób urocze.

Czy warto jechać? Hmm… Mam świadomość, że dla kogoś kto mieszka w Polsce (czy w ogóle gdzieś w Europie), Japonia nie znajdzie się nawet w pierwszej setce potencjalnych miejsc na narty, ale gdyby się tak zdarzyło, że upolowaliście super tani bilet do Japonii w grudniu czy styczniu, jesteście już na miejscu, kochacie sporty zimowe… to jedźcie do Hakuby, bo z pewnością będziecie zachwyceni! Hakuba oferuje mnóstwo świetnie przygotowanych tras odpowiednich dla różnego stopnia zaawansowania, co najmniej jeden oświetlony stok, o którym wiemy i na którym zjeżdżaliśmy (otwarty do 21:30), sporo wypożyczalni sprzętu, często współpracujących z różnymi hotelami czy pensjonatami, przez co oferujących system zniżek dla gości zatrzymujących się w poszczególnych hotelach. Dla nas było to bardzo ważne, bo nie mamy w Japonii swojego sprzętu ani nawet zimowej odzieży. Nasz pensjonat współpracował niestety z najdroższą wypożyczalnią w całej wsi i nawet zniżka nie ratowała sytuacji, więc z konieczności przekopaliśmy się przez wszystkie okoliczne sklepiki i wypożyczalnie. Z jednej wychodzliśmy zapłakani, bo chociaż oferowała tanie rzeczy, to wyglądały one jakby pochodziły z darów Czerwonego Krzyża gdzieś z początku lat 90. Ale w końcu trafiliśmy do wypożyczalni, w której odzież nie była tak koszmarnie brzydka, ale mimo tego dobieraliśmy kurtki i spodnie z różnych kompletów, co skończyło się tym, że koleżanka miała kurtkę w kolorach taśmy ostrzegawczej, a ja we wzór niezbyt gustownej ceraty kuchennej. Ale co tam, nie byłam jedyna – na stoku spotkałam mnóstwo ludzi w identycznej odzieży jak moja i przy każdym takim spotkaniu czułam się odrobinę mniej obciachowo. Inna sprawa, że na stoku zlewałam się idealnie z tłumem i rozpoznać mnie można było tylko i wyłącznie po niepodrabialnym stylu jazdy 😀

Jak już wspomniałam w Hakubie znajdziemy trasy zarówno dla początkujących, jak i tych bardzo zaawansowanych.

  • Idealne na początek: Iimori, Tsugaike
  • Dla średnio zaawansowanych: Happo One
  • Dla zaawansowanych: Hakuba 47, Goryu
  • Dla tych co lepiej jeżdżą niż chodzą, idealnym miejscem będzie Cortina

Zgadnijcie którą stację wybraliśmy jako czwórka początkujących, z czego dwie osoby z naszej grupy nigdy nie miały nawet przypiętej deski do nóg? GORYU. Z jakiegoś powodu ubzdurało nam się, że jest to idealne miejsce dla początkujących. Brawa dla nas! A najlepiej takie pałką w głowę! :)

hakuba
Przepaść, widzę przepaść!

Ale od początku. Pierwszego dnia pobytu w Alpach Japońskich pojechaliśmy przywitać się z małpami z parku Jigokoudani, który odwiedziliśmy już w zeszłym roku, ale tym razem mieliśmy nadzieję na więcej śniegu. Nadzieje okazały się płonne – nie dość, że śniegu było o wiele mniej niż w zeszłym roku, to samych małp również było wyraźnie mniej. Ludzi za to jak zwykle było dużo.

Dobra, jedziemy, 50 km od Hakuby nie ma śladu zimy. Na prawo nie ma lasu, na lewo nie ma lasu, nigdzie też nie ma śniegu…

yudanaka
Ja się pytam gdzie jest śnieg?!

Nie powiem, miny nam nieco zrzedły, a prognozy pogody na weekend też nie miały prawa nastrajać optymistycznie i już zaczynaliśmy się bać że nasz zimowy weekend będzie wyglądał tak:

hakuba
Fot. źródło

Chociaż w trasie śniegu było niewiele, to na miejscu było go jednak całkiem sporo. Uffff. Ale mimo tego zlośliwa prognoza pogody okazała się prawdziwa i w sobotę rzeczywiście lało, szczególnie w niskich partiach gór. Wtedy wpadliśmy na kolejny pomysł z serii tych genialnych: „no, skoro tu pada i w ogóle jest dużo ludzi, to może wjedziemy sobie na sam szczyt i stamtąd zjedziemy”. I jeśli w tej chwili myślicie, że parsknęliśmy smiechem, albo chociaż na chwilę gdzieś tam zaświtała myśl „nieeee, no dajcie spokój, nie damy rady”, to jesteście w błędzie. Wszyscy, a jakże, zgodnie uznaliśmy, że to przedni pomysł i tyle nas widzieli. To co zastaliśmy na górze, a co miało być trasą zieloną (przypominam, że my wciąż żyliśmy w przekonaniu, że Goryu jest stacją dla początkujących!), okazało się bardzo trudną trasą biorąc pod uwagę nasze możliwości. Fakt, że zjechaliśmy stamtąd i nie musieliśmy wzywać helikoptera na ratunek, traktuję w kategoriach cudu. Co prawda moja nieporadna jazda przypominała raczej zjazd na drzwiach od stodoły, ale wiecie co… tak sobie teraz myślę, że Polak to jednak potrafi 😀 Nie myślcie sobie, że piszę to z satysfakcją, nie mam żadnych złudzeń co do tego, jak wyglądałyby ewentualne komentarze, gdyby coś się stało i wylądowalibyśmy w newsach na pierwszej stronie Onetu. Gwoli sprawiedliwości muszę oddać, że mój mąż pokonany przez deskę, po jednym dniu wymienił ją na swoje ukochane narty i on chyba jako jedyny miał na tej górze jakąś frajdę.

hakuba

W niedzielę rozum nas wyjątkowo nie opuścił i zostaliśmy na prostych trasach, a pogoda tym razem dopisała i chociaż dla tego jednego dnia warto było przyjechać i dzielnie znosić zakwasy, siniaki i poobijane wszystkie części ciała. Piszę te słowa ze sztywną, bolącą szyją i nadal uważam, że jak najbardziej było warto 😀 .

Jeśli chodzi o bazę noclegową w Hakubie, to jest z czego wybierać. Ceny są zróżnicowane w zależności od tego czy mówimy o pensjonacie czy hotelu, ale uczciwie ostrzegam, że w sezonie, a już szczególnie w weekendy, gdy do Hakuby zjeżdża połowa Tokio, ceny wylatują w okolice stratosfery. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie Chau Chau (tak, dobrze kombinujecie, nazwa pochodzi od rasy psa, sporo zdjęć „ojca założyciela” wisiało zresztą w korytarzu), który prowadzi bardzo miła i pomocna japońska rodzina. Wersal to z pewnością nie był, ale było bardzo przyjemnie, w środku wystrój trochę przypominał górską chatę, a domowe śniadanie, które było wliczone w cenę noclegu, było naprawdę niezłe. Hotel oferował też zniżki na ski passy.

chau chau
Nasz „psiejski” pensjonat ;)

Jedyne do czego w Hakubie można się przyczepić, to niemal zupełny brak rozrywek – wieczorem cała wioska po prostu zamiera. Nie ma żadnych ognisk, imprez, po 21:00 trudno znaleźć jakąś otwartą restaurację, o barze nie wspominając. Wynika to głównie z tego, że Japończycy wykupują hotele z pełnym wyżywieniem i wieczory spędzają po prostu w swoich hotelach. My którejś nocy trafiliśmy zupełnie przypadkiem do baru prowadzonego przez strasze małżeństwo Australijczyków, którzy przez pół godziny tłumaczyli nam, że kuchnia w barze jest zamknięta i dla czwórki gości nie będą jej otwierać (w barze oprócz nas nie było nikogo), ale gdy w końcu pozwolili nam coś powiedzieć i usłyszeli, że jesteśmy z Polski zareagowali nad wyraz entuzjastycznie i kuchnię jednak otworzyli. Bike Bar, bo tak nazywa się to miejsce, to jedyny (!!!) bar w Hakubie i podobno w szczycie sezonu przychodzą tam nawet jacyś goście. Nam się naprawdę podobało, właściciele byli bardzo mili, więc jeśli kiedyś będziecie mieli okazję, zajrzyjcie tam koniecznie.

W Hakubie mieszka bardzo dużo cudzoziemców, spotykaliśmy ich na każdym kroku – prowadzą ten jedyny wspomniany wyżej bar, pracują w restauracjach, w budce z lodami, w hotelach, w szkółkach narciarskich. Z kiloma rozmawialiśmy i wszyscy oni mówili, że Hakuba to pozbawione życia i rozrywek miejsce (poza sportami zimowymi oczywiście), ale mimo tego bardzo je lubią i nie zamieniliby go na żadne inne. Tak całkiem szczerze, to tego życia i rozrywek trochę nam brakowało – wieczorem zupełny brak ludzi na ulicach był lekko przygnębiający. Poza tym wszystko na duży plus!

hakuba
„Żółty domek” – w środku restauracja z ramenem. Ramen niestety nie był zbyt dobry, ale kosztował jakby był.

Informacje praktyczne:

  • Sezon trwa od początku grudnia do końca kwietnia
  • Z Tokio do Hakuby można dojechać pociągiem przez Matsumoto (opcja dla posiadaczy karnetu JR Pass) lub autobusem ze stacji Shinjuku (Highway-Buses). W obu przypadkach podróż trwa około 4h 30 min.
  • Jeśli jesteśmy posiadaczami międzynarodowego prawa jazdy wydanego w ramach konwencji genewskiej, możemy w Japonii wypożyczyć samochód. UWAGA: Międzynarodowe prawo jazdy wydawane w Polsce, jest wydawane na podstawie konwencji wiedeńskiej i nie jest honorowane w Japonii. Japończycy bardzo dokładnie sprawdzają dokumenty przy wypożyczaniu samochodu i jeśli nasz dokument nie jest tym właściwym, nie będziemy mogli wypożyczyć samochodu ani „jakoś dogadać się” na miejscu.
  • Ski pass kosztuje około 5000 jenów za dzień i 4000 jenów za pół dnia.
  • Na terenie ośrodków oraz w samej wiosce znajdują się onseny, czyli gorące źródła. Onseny dla kobiet i mężczyzn są osobne, nie można wchodzić z strojach kąpielowych ani z tatuażami. Przed wejściem do onsenu należy dokładnie się umyć.

Okoliczne atrakcje:

NSC_8553_1

Zamek w Matsumoto

NSC_9260_1

Małpi Park „Jigokoudani”

NSC_8796_1

Świątynia Zenkoji w Nagano

Kuchnia Prefektury Nagano:

Nagano słynie z makaronu gryczanego soba, pierożków oyaki, ciasta ryżowego mochi  oraz, co było dla nas niemałym zaskoczeniem z wolno gotowanych insektów z dodatkiem sosu sojowego, cukru i sake. Insekty były bardzo cennym źrodłem białka dla mieszkańców górskich wiosek, zwłaszcza tych leżących z dala od głównych szlaków komunikacyjnych. Obecnie uważane są za przysmak, podejrzewane o udział w długowieczności Japończyków i dostępne w sklepach z pamiątkami w całej prefekturze Nagano. My się nie skusiliśmy.

insekty
Musiałabym się zdecydowanie mocniej walnąć w głowę na stoku, żeby się skusić. NIE NIE NIE! Fot. źródło
Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 14 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

14 myśli na temat “Hakuba i Alpy Japońskie

  1. Mialam przyjemnosc otrzymac w prezencie insekty(w jakims slodkim sosie byly). Z grzecznosci dla obdarowujacego mnie przyjaciela sprobowalam, aczkolwiek wolalabym dostac jakies inne omiyage 😉

  2. Ja nawet w Polsce się nie wybieram, a co dopiero do Japonii na narty;) Ale muszę Ci powiedzieć, że widoczki są śliczne mimo, że nie lubię zimy. Pozwól, że tego w miseczkach nie skomentuję…;)
    Pozdrawiam:)

  3. Ja na nartach nie jeżdżę, za to do Nagano i okolic ciągnęły mnie dwie rzeczy – słynna na całą Japonię soba (najlepiej z dodatkiem mielonych kasztanów) i makaki kąpiące się w gorących źródłach w Jigokudani Yaen Kōen i obie te „atrakcje” bardzo polecam, jeśli ktoś będzie w okolicy :)

    1. My właśnie też nie za bardzo jeździmy, dlatego wróciliśmy lekko kontuzjowani :) Szukaliśmy lokalnej soby, ale niestety w naszej wiosce wszystko było ciągle pozamykane. Może następnym razem 😉

  4. Dzięki temu postowi byłam w Alpach japońskich i poznaję coraz więcej danych o zwyczajach i kulturze japońskiej. Zdjęcia rewelacyjne. Gratuluję.

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close