Gotowanie w Japonii

batat
Gotowanie w Japonii

…i dlaczego gotowanie tu mi nie wychodzi, cokolwiek bym nie zrobiła. W pierwszych tygodniach naszego mieszkania w Tokio niezbyt chętnie garnęłam się do gotowania i to wcale nie dlatego, że mi się nie chciało, czy nie lubię. Owszem, za gotowaniem nie przepadałam nigdy, ale w Europie zdarzało się, że sprawiało mi to jakąś przyjemność, choćby dlatego, że potrawy z reguły wychodziły tak jak powinny. Tu niestety z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu to się nie udaje.

 

Ale zacznijmy od początku. W naszej okolicy nie ma żadnego supermarketu. Jest jeden sklep typu combini, który jest otwarty 24h na dobę i można w nim dostać różne przydatne rzeczy, takie jak worki na śmieci, szampon do włosów, napoje, słodycze, zestawy obiadowe, parasole czy gazety. Combini są w Japonii bardzo popularne z tej racji, że są niemal na każdym rogu, chodzi się do nich w kapciach i mają dość bogatą ofertę. Niemniej jednak nie są to typowe supermarkety, w których można się zaopatrzyć w jedzenie, bo większości artykułów po prostu tu nie ma, a jak nawet czasem trafimy na rzeczy takie jak ziemnaki, czosnek czy cebula, to liczmy się z tym, że dość mocno za nie przepłacimy. W combini co prawda jesteśmy częstymi klientami, ale chodzimy tam po kanapki, soki czy zestawy obiadowe, ale nie robimy tam regularnych zakupów „jedzeniowych”.

 

W odległości około 2 km od naszego mieszkania jest supermarket, który jest o wiele lepiej wyposażony, ale niestety jest dość drogi, nie wspominając już o tym, że dźwiganie zakupów przez 2 km nie jest czymś, co ja lubię robić w życiu najbardziej. Na szczęście tę drobną niedogodność udało nam się rozwiązać abonamentem w coop-deli, czyli czymś co ja nazywam „supermarketem korespondenycyjnym”. Raz w tygodniu dostaję gazetkę sklepową z papierowym formularzem (niestety technika zwana „internetem”  jeszcze tu nie dotarła) i moje zamówione przed tygodniem zakupy. Nie jest to najdogodniejsze rozwiązanie jakie mogłabym sobie wyobrazić, bo po pierwsze muszę zamawiać rzeczy z japońskiej gazety, a to mi nie zawsze wychodzi, po drugie muszę planować zakupy na przyszły tydzień w momencie, gdy na dobre zapomniałam już co kupiłam w zeszłym tygodniu, i po trzecie, czasem muszę się zmierzyć z zakupami robionymi przez męża, który jest zupełnie pozbawiony sztuki przewidywania i planowania i zdarza mu się zamówić około 60 litrów wody i różnych soków z jednotygodniowym terminem ważności (??!!).

 

Aha! Zapomniałabym! Mamy jeszcze warzywnego dziadka, którego nazywamy dziadkiem z Fukushimy, bo sprzedaje warzywa i  owoce po cenach ..hmm.. już nawet nie konkurencyjnych, ale powiedziałabym wręcz, że sprzedaje je poniżej wszelkich kosztów.  No i tak nam się to jakoś skojarzyło z japońską polityką promowania żywności ze skażonych prefektur :) Dziadek z Fukushimy przyjeżdza małym busikiem i parkuje pod samym blokiem, wystarczy zjechać w kapciach na dół…

 

Ale temat dzisiejszego posta to gotowanie, więc podam przykład z ostatniej chwili.  Ostatnio przez pomyłkę kupiłam w coop-deli przyprawę do batatów (słodkich ziemniaków) myśląc, że kupuję coś innego. Dziadek z Fukushimy sprzedał mi 2 kg batatów za 200 jenów (niecałe 8 złotych), a więc rześko i żwawo wyruszyłam do kuchni. Niespodzianka pierwsza polegała na tym, że ja tak naprawdę nie wiem jak smakują czy powinny smakować bataty, bo nigdy ich nie jadłam. Te które kupiłam wygłądały tak jak powinny, sądząc po zdjęciach w google, ale kolor miąższu trochę się nie zgadzał. Trochę przerażona, że oto właśnie szykuję mężowi gotowaną rzodkiew czy inna rzepę, czekam aż batato-podobne warzywo się ugotuje. Ok, ugotowało się, boję się spróbować, kroję więc tylko na kwałki i rzucam na patelnię, gdzie posypuję je tylko gotową przyprawą, no i pozostaje mi już tylko czekać aż mąż wróci z pracy.

 

Większość naszych rozmów tuż po jego powrocie z pracy wygląda tak:

 

Mąż: Co to jest? – przyglądając się patelni z tajemniczą zawartością
Ja: ..uhmm.. nie wiem
Mąż: No dobra, nic się nie stało. Spróbujemy.

 

Próbujemy.

 

Mąż: Chcesz isć do combini po jakiś zestaw?

 

PS: To co ugotowałam okazało się być batatami.

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close