TokyoPongi http://tokyopongi.com Blog o Japonii Mon, 07 May 2018 15:01:28 +0000 pl-PL hourly 1 http://i2.wp.com/tokyopongi.com/wp-content/uploads/2016/01/cropped-logonew_icon.png?fit=32%2C32 TokyoPongi http://tokyopongi.com 32 32 Tetsuya Honda, Przeczucie – recenzja książki http://tokyopongi.com/tetsuya-honda-przeczucie-recenzja-ksiazki/ http://tokyopongi.com/tetsuya-honda-przeczucie-recenzja-ksiazki/#comments Mon, 11 Sep 2017 13:47:14 +0000 http://tokyopongi.com/?p=6454 Lato i urlop to dla mnie najlepsza pora na czytanie kryminałów. Tym razem dzięki uprzejmości wydawnictwa „Znak Literanova” wpadła mi w ręce książka „Przeczucie”, napisana przez bardzo popularnego w Japonii autora, Tetsuyę Hondę. Trochę się bałam tej książki, a zwłaszcza świadomości, że będę musiała po wszystkim wystawić recenzję, a szczerze mówiąc schematyczność gatunku zaczęła mnie […]

The post Tetsuya Honda, Przeczucie – recenzja książki appeared first on TokyoPongi.

]]>
Lato i urlop to dla mnie najlepsza pora na czytanie kryminałów. Tym razem dzięki uprzejmości wydawnictwa „Znak Literanova” wpadła mi w ręce książka „Przeczucie”, napisana przez bardzo popularnego w Japonii autora, Tetsuyę Hondę. Trochę się bałam tej książki, a zwłaszcza świadomości, że będę musiała po wszystkim wystawić recenzję, a szczerze mówiąc schematyczność gatunku zaczęła mnie powoli męczyć. Nie macie czasem wrażenia, że wszyscy detektywi są tacy sami? Ileż można czytać o detektywach, których trzeba prosić przez pierwszych 50 stron książki, żeby zajęli się jakąś sprawą.  Albo detektywach nadludziach, którzy bronią świata w pojedynkę. Do tego dostajemy obowiązkowo różne traumy i nałogi, które mają nam budować nam portret psychologiczny detektywa, ale on niemal zawsze jest taki sam. Dlatego z wielką ulgą zabrałam się do czytania książki, która dzieje się w Tokio, główną bohaterką jest kobieta, która uwielbia swoją pracę, a śledztwo prowadzi – uwaga! cała grupa detektywów. Cóż za miła odmiana.

Główną bohaterką powieści jest Reiko Himekawa, niespełna 30 letnia komisarz i dowódca zespołu Wydziału Zabójstw Tokijskiej Policji. Reiko rozpoczyna śledztwo w sprawie okaleczonego ciała znalezionego w jednym z tokijskich parków. Gdy śledztwo zaczyna się komplikować, a na powierzchnię zaczynają wypływać kolejne trupy, do śledztwa dołącza zespół detektywów kierowany przez Katsumatę, doświadczonego komisarza, ale jednocześnie wielkiego prostaka, który z sobie tylko znanych powodów, gardzi główną bohaterką i nie przepuści żadnej okazji, żeby ją o tym poinformować. W powieści dostajemy szczegółowe opisy pracy policji, wielogodzinne odprawy i bardzo drobiazgowe sprawdzanie wszelkich tropów oraz wielokrotne przesłuchiwanie świadków. Nie ma tu tak dobrze nam znanych z zachodniej literatury czy filmów genialnych detektywów, którzy zawsze grają solo.  Nie, tu dostajemy wyraźnie zarysowaną hierarchę w policji i kolejność wykonywania czynności. Oczywiście główna bohaterka często kieruje się instynktem, co w powieści jest przedstawione jako jej wielki atut, ale i tak zanim pójdzie śladem swojej intuicji, musi najpierw otrzymać pozwolenie od szefa. W końcu akcja książki dzieje się w Japonii, więc jakiś porządek musi być.

Oprócz śledztwa, opisanego w dość wciągający sposób, dostajemy niestey również solidną porcję mobbingu i molestowania seksualnego w pracy, których doświadcza główna bohaterka. Myślę, że jeden z bohaterów – Ioka, przedstawiony jako nieszkodliwy głupek, podniesie ciśnienie niejednej z czytelniczek. O komisarzu Katsucie nie wspominając. Zastanawiam się, czy kobieta robiąca karierę w japońskiej policji jest faktycznie narażona na takie zachowania ze strony kolegów, czy może autor przerysował pewne kwestie, chcąc pokazać jak silna psychicznie i wytrzymała jest jego bohaterka. Chociaż patrząc z naszej zachodniej perspektywy, ta wytrzymałość jest dyskusyjna.

Muszę przyznać, że zakończenie książki jest zaskakujące, ale też lekko rozczarowujące. Żałuję, że nie mogę rozwinąć tego wątku, ale nie chciałabym zdradzać wam za dużo z fabuły książki.

Książka jest nowością na rynku wydawniczym w Polsce, jakkolwiek w Japonii ukazała się w 2006 roku pod tytułem „Truskawkowa noc”. W 2013 roku pod tym samym tytułem powstała ekranizacja powieści, którą z ciekawości obejrzałam natychmiast po przeczytaniu książki. Jednym z powodów było głównie to, że w powieści niewiele znajdziemy opisów wyglądu głównych postaci. Na przykład o naszej głównej bohaterce wiemy tylko, że jest wysoka i podoba się mężczyznom. Oczywiście dowiadujemy się sporo o jej przeszłości, ogólnych przemyśleniach itd., ale opisu wyglądu niestety nie dostajemy. Szczęśliwie niektóre wątki, zwłaszcza te związane z mobbingiem w pracy, zostały w filmie znacząco złagodzone.

przeczucie
Obsada filmu „Truskawowe noce”.

„Przeczucie” to naprawdę wciągający kryminał. Im dłużej trwa śledztwo, tym zaczyna się robić dziwniej i mroczniej. Myślę, że książke warto przeczytać, choćby po to, żeby poczuć klimat innego kraju oraz wybić się z pewnej „kryminalnej rutyny”, do której przyzwyczaiły nas zachodnie kryminały.

Książkę można kupić w ksiągarni internetowej znak.com.pl

przeczucie

The post Tetsuya Honda, Przeczucie – recenzja książki appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/tetsuya-honda-przeczucie-recenzja-ksiazki/feed/ 2
Korea Północna. Turystyczny (nie)raj. http://tokyopongi.com/korea-polnocna/ http://tokyopongi.com/korea-polnocna/#comments Sun, 18 Jun 2017 06:00:22 +0000 http://tokyopongi.com/?p=6358 Fajnie mieć bloga podróżniczego i zachęcać ludzi do wyjazdów w ciekawe miejsca. Jako blogerka lubię jednak myśleć, że ciąży na mnie pewna odpowiedzialność za miejca, które polecam na swoim blogu. Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem megalomanką i nie chcę sobie dodawać znaczenia – każdy decyduje sam za siebie co czyta, czyimi wskazówkami się […]

The post Korea Północna. Turystyczny (nie)raj. appeared first on TokyoPongi.

]]>
Fajnie mieć bloga podróżniczego i zachęcać ludzi do wyjazdów w ciekawe miejsca. Jako blogerka lubię jednak myśleć, że ciąży na mnie pewna odpowiedzialność za miejca, które polecam na swoim blogu. Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem megalomanką i nie chcę sobie dodawać znaczenia – każdy decyduje sam za siebie co czyta, czyimi wskazówkami się kieruje i w jakim kraju decyduje się spędzić urlop i wydawać swoje pieniądze. Są jednak pewne blogi, które rozpalają mnie do czerwoności i wzbudzają żądzę mordu, bo powiedzcie mi proszę jak, NO JAK, …, NO JAK (?!?!?!) można promować wyjazdy do Korei Północnej? Dzisiejszy wpis nie będzie o Japonii, będzie natomiast o pożytecznych idiotach, którzy z sobie tylko znanych powodów, zachęcają innych do wyjazdu na ludzkie safari.

Świat żyje sprawą Otto Warmbiera, 22-latka ze Stanów, który spędził w północnokoreańskim więzieniu 17 miesięcy i wrócił do domu w śpiączce, z której najprawdopodobniej nigdy się nie wybudzi. Wiem, że są tacy, którzy chętnie przypisują odpowiedzialność za to co się stało turyście, bo po co tam jechał i po co zrywał plakat, ale denerwuje mnie takie stawianie sprawy. Po pierwsze Korea Północna wcale nie udowodniła, że ten chłopak zerwał cokolwiek – wybaczcie, ale na filmie przedstawionym jako dowód, widać tylko cień. Jego przyznanie się do winy było ewidentnie wyreżyserowane, a motywacja tak niedorzeczna, że mogła się urodzić jedynie w głowie partyjnego betonu. Poza tym, z tego co podają rodzina i znajomi Amerykanina, na wycieczkę do Korei wybrał się spontanicznie z Chin, więc trudno, żeby umawiał się z kimś w Stanach na przywiezienie plakatu w zamian za cokolwiek.

Druga sprawa, która mnie osobiście denerwuje najbardziej, to to, że Korea Północna stała się punktem turystycznym, polecanym przez biura podróży i wielu blogerów, którzy systematycznie, wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, przkonują, że Korea Północna jest normalnym krajem. W pocie i znoju, dzień i noc, wypisują idiotyzmy w internetach jak to zły Zachód zazdrości niewinności, sukcesów i dobrobytu rajskiej Korei Północnej i szerzy oszczerstwa na jej temat. A życie tam jest wspaniałe, oni byli i widzieli – co prawda byli tylko w stolicy, która jest oknem wystawowym i widzieli tylko to, co im pokazał reżimowy przewodnik, ale to wystarczyło, żeby zachęcać innych. Mam zero szacunku do takich blogerów i im więcej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej rysują mi się trzy kategorie:

1) Cyników, którzy uznali, że znaleźli sobie niszę i pisząc oczywiste kłamstwa, zbudują sobie popularność w internecie i zarobią na reklamach.

2)  Ignorantów, którzy uznali za słuszne pochwalić się brakami w edukacji.

3) Klasycznych pożytecznych idiotów, którzy łykają reżimową propagandę jak pelikan ryby, wyznają reżimową ideologię i autentycznie angażują się w propagowanie już dawno skompromitowanych idei. Jadą do potiomkinowskiego Pjongjangu, widzą tylko tyle ile reżim uzna za stosowne pokazać, wracają zachwyceni – bo czysto, wieżowce, mało korków, a ludzie mają iPhony. W ideologicznym zaczadzeniu nie dostrzegają, że biorą udział w farsie i stali się częścią propagandowej machiny.

Kiedy i dlaczego Korea Północna stała się kierunkiem turystycznym? Czy przyszłoby wam do głowy udać się na wakacje do upadłej Somalii albo ogarniętego wojną Sudanu? A może pojechalibyście na wycieczkę do Państwa Islamskiego? Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadłby na taki pomysł, dlaczego więc niektórzy rozważają wyjazd do kraju Kimów? Dlaczego chcą tam wydawać pieniądze, które przysłużą się tylko i wyłącznie do podtrzymywania przy życiu zbrodniczego reżimu?

Zachodnie społeczeństwa, jak bardzo bywają zblazowane dobrobytem, potrafią bojkotować towary czy usługi firm, z których praktykami się głęboko nie zgadzają, ale często nie przykładają tej samej miary do państw. Ileż to razy widziałam gęby pełne frazesów na facebooku, jak to Syria zniszczona wojną, uchodźcom nikt nie chce pomóc, a potem ci sami płaczący nad losem świata, radośnie wsiadają na pokład katarskich lub emirackich linii lotniczych, mimo że te kraje mają co nieco za uszami w kwestii wspierania dżihadu. Czy naprawdę nie lepiej czasem zapłacić więcej lub polecieć dłuższą trasą, ale mieć czyste sumienie? I nie, nie piszę tego z pozycji osoby, którą „stać”, bo często mnie właśnie nie stać i z tego powodu nigdzie nie lecę. A już na pewno nie do królestwa Kimów.

Korea Północna nie jest normalnym krajem. Nie jest i kropka. I nie obchodzi mnie, że wyznawcy dżucze podają na swoich blogach, że są na świecie miejsca, w których podobno żyje się jeszcze gorzej. Po pierwsze Amnesty International i Human Rights Watch nie popierają takich poglądów i uparcie podają, że nie ma na świecie miejsc, w których jest gorzej – Korea Północna wygrywa w cuglach wszystkie rankingi na najgorsze miejsce do życia. A po drugie, nawet jeśli gdzieś byłoby gorzej, to w żaden sposób nie zmienia to zbrodniczego ustroju Korei Północnej i nie powinno wpływać na to, jak to państwo jest postrzegane na świecie.

Prawa człowiek w Korei Północnej
Prawa człowieka w Korei Północnej.

Nigdy nie zrozumiem jak doszliśmy do miejsca, w którym państwo totalitarne, wrzód świata, stało się atrakcją turystyczną. Parę lat temu byliśmy z mężem na Karaibach i w hotelu próbowano sprzedać nam wycieczkę na Haiti – było to kilka miesięcy po trzesięniu ziemi, które zrujnowało stolicę kraju, a sama wycieczka to było klasyczne ludzkie safari. Oto Sahib jedzie sobie w sam środek piekła popatrzeć na biednych ludzi, rzuca kilka cukierków głodnym dzieciom i wraca do swojego hotelu podwójnie szczęśliwy. Nakarmił biednych i odwiedził miejsce, w którym nikt z jego znajomych na fejsie nie był. Kumulacja!!! My akurat się nie skusiliśmy, ale chętnych nie zabrakło.

Podobne odczucia mam w kwestii odwiedzania Korei Północnej. Przy czym zwiedzanie Korei Północnej moim zdaniem w kategoriach etycznych stoi niżej, bo jadąc tam odwiedzasz tylko miejsca zaaprobowane przez reżim i zwiedzasz je na smyczy przewodnika. Widzisz tylko Pjongjang, w którym i tak mieszka wyłącznie beton partyjny plus rodzina, wydajesz pieniądze, które trafiają wprost to kasy reżimowej i służą do zakupów broni lub wzmacniania aparatu opresji. Nikomu nie pomagasz. Wspierasz reżim. Kupujesz Kimowi rakietę.

Dlatego do białej gorączki doprowadzają mnie wpisy w internecie,  z których można się dowiedzieć co należy zrobić, aby osiedlić się w Korei Północnej. Wśród cennych rad typu „zostań sobie dyplomatą”, albo „zatrudnij się w północnokoreańskiej firmie”, zazwyczaj brakuje najskuteczniejszej i sprawdzonej metody, czyli „pojedź jako turysta i zerwij plakat propagandowy”. Kwaterunek i inne atrakcje, od których mózg się lasuje, gwarantowane. Gdyby komuś z szacownych blogerów zabrakło pomysłów na kolejne wpisy, to służę pomocą. Moje propozycje to „Sztuka samodyscypliny. Etos pracy w GUŁAGU” oraz „Sekrety figury Północnych Koreanek. Trawa w codziennej diecie i jej dobroczynny wpływ na organizm”.

Być może zastanawiacie się dlaczego tak się przejmuję, w końcu mieszkam sobie w Japonii i co mnie obchodzi Korea Północna. Otóż obchodzi. Niektóre okręgi administracyjne Tokio zaczęły rozsyłać ulotki do mieszkańców z informacją jak się zachować w trakcie ataku nuklearnego. Ostatnio też zostaliśmy przeszkoleni w pracy na wypadek takiego ataku – inna rzecz, że szkolenie sprowadziło się do omówienia jak wygląda śmierć z wyparowania.

Strasznie szkoda mi też tego biednego chłopaka ze Stanów. W końcu jemu ktoś tę wycieczkę sprzedał i powiedział mu, że jest tam wystarczająco bezpiecznie. Mam szczerą nadzieję, że teraz ci ludzie nie mogą patrzeć na siebie w lustrze.

The post Korea Północna. Turystyczny (nie)raj. appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/korea-polnocna/feed/ 43
Tsukuda, czyli u nas na dzielni http://tokyopongi.com/tsukuda/ http://tokyopongi.com/tsukuda/#comments Mon, 01 May 2017 14:08:04 +0000 http://tokyopongi.com/?p=6245 Tadam! Wróciłam! Długo mnie nie było – wybaczcie – zwiedzałam Mordor (pracowałam dla japońskiego pracodawcy, znaczy się). W tym roku planuję bardziej dbać o higienę psychiczną i obiecałam sobie, że będzie mnie na blogu trochę więcej, więc proszę życzyć mi wytrwałości w postanowieniach Dawno, dawno temu obiecałam wam wpis o naszej nowej dzielnicy. Nowej, czyli […]

The post Tsukuda, czyli u nas na dzielni appeared first on TokyoPongi.

]]>
Tadam! Wróciłam! Długo mnie nie było – wybaczcie – zwiedzałam Mordor (pracowałam dla japońskiego pracodawcy, znaczy się). W tym roku planuję bardziej dbać o higienę psychiczną i obiecałam sobie, że będzie mnie na blogu trochę więcej, więc proszę życzyć mi wytrwałości w postanowieniach :)

Dawno, dawno temu obiecałam wam wpis o naszej nowej dzielnicy. Nowej, czyli tej, do której przeprowadziliśmy się z Odaiby. No więc lecimy :) Aktualnie mój widok z okna to głównie wieżowce Tokio i kawałek rzeki. Na wprost, między wysokimi blokami jest niewielka wyspa czarnych dachów – to dachy drewnianych domów, niezwykła rzadkość w Tokio. To nie jest tak, że drewnianych domów nie ma wcale, bo są i to wciąż wiele, ale znaleźć całą uliczkę takich starych domów to nie lada wyczyn. Tego się nie widzi codziennie. No więc patrzę sobie na tę czarną plamę i codziennie obiecuję zrobić jej zdjęcie. Aż któregoś dnia plama znika, a zdjęcia jak nie było tak nie ma. Spokojnie, oddychajcie głęboko, domy nadal tam stoją (poszłam wczoraj specjalnie sprawdzić), ale teraz widok zasłania mi szara buda (czytaj blok), której słowo daję, jeszcze 2 tygodnie temu tam nie było. No po prostu Tokio w pigułce. Śpieszcie się fotografować stare budynki w Tokio, tak szybko odchodzą.

Trudno się dziwić właścicielom drewnianych domów, że nie chcą w nich mieszkać. W końcu mamy XXI w. i mieszkanie w domu, którego nie da się w żaden sposób ogrzać, to nie jest przyjemność, a w Tokio dochodzą nam jeszcze takie atrakcje jak trzęsienia ziemi i ryzyko pożarów. W każdym razie Tokio szykujące się na Olimpiadę 2020 stało się wielkim placem budowy, stare domy, i to nie tylko te drewniane, nie wiadomo kiedy zamieniają się w betonowe bloki. Strach mrugnąć oczami, bo zaraz znika jakiś budynek.

I dlatego dziś napiszę wam co nieco o Tsukudzie (jap. 佃) – moim zdaniem jednej z najbardziej klimatycznych dzielnic Tokio, do której turyści zaglądają bardzo rzadko lub wcale, aby potem narzekać, że Tokio ich nie porwało i nie mieli co zwiedzać. Faktycznie, Tokio zostało mocno doświadczone przez trzęsienia i pożary, a to czego nie dała rady zniszczyć natura, zniszczyli Amerykanie w nalotach pod koniec II wojny światowej. Zadziwiająco jednak Tsukuda nie ucierpiała aż tak bardzo podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1923 r. Do dziś zachowała się część starej wioski rybackiej, świątynia, czy właśnie stare drewniane domy w okolicy.

tsukishima tsukuda tsukuda tsukuda tsukuda

Tokio przyciąga miliony turystów rocznie, ale większość z nich spędza średnio 2 – 3 dni w Tokio, po czym pędzą oni dalej zwiedzać „starą Japonię”. Wiem, że 2 czy 3 dni pozwalają ledwie zerknąć na główne „przewodnikowe” atrakcje miasta, ale myślę, że dla tych, którzy mają więcej czasu, lub tych, których nie interesuje robienie kolejnych zdjęć zatłoczonych skrzyżowań Shibuyi czy Shinjuku, Tsukuda będzie ciekawym miejscem do odwiedzenia. Tsukuda znajduje się tylko 2 stacje metra od popularnej dzielnicy zakupowej Ginza, można tu też dopłynąć promem lub dojechać autobusem miejskim z głównego dworca Tokio (ok. 12 min).

Większość osób, które odwiedza okolice stacji Tsukishima, przyjeżdża tu na monja i okonomiyaki, z których ta dzielnica słynie. Wyjście nr 7 ze stacji metra zaprowadzi was wprost na „Monja street”, czyli ulicę pełną restauracji, z której każda oferuje te same potrawy. Chciałabym wam pokazać czym jest monja i jak wygląda, ale jakby tu nie próbować, na zdjęciu pojawia się zawsze coś co wygląda jak złe wspomnienie po mocno zakrapianej imprezie 😉 Nie jest to może szczególnie wyszukane danie, ale samo doświadczenie smażenia monja na własnym stole, plus dzielenie się nią z przyjaciółmi, jest fajne i polecamy spróbować. Dla tych, którzy nie są zachwyceni urodą monja, każdy zestaw można zamówić w wersji okonimayaki. Ja tak właśnie robię. Ponieważ Tsukishima jest mało turystyczna, w wielu miejscach nie znajdziemy menu po angielsku, a obsługa będzie znała angielski w stopniu złym, jeszcze gorszym, lub w ogóle żadnym. Ale są zawsze mili, a w menu często są zdjęcia, więc nie ma się czego bać.

tsukishima
Monja Street
monja
A oto i monja w całej swojej krasie. Fot: źródło

W bocznych uliczkach Monja Street znajdziemy bary, pijalnie, japońskie restauracje, bar ostrygowy i wiele innych ciekawych miejsc. W okolicy znajduje się też sowia kawiarnia, o której z jakiegoś powodu nie wiedzą turyści i stoją w kilometrowych kolejkach do innej sowiej kawiarni, w innej części miasta. A ta na Tsukishimie świeci pustkami. Kiedy robiłam zdjęcia okolicy, właścicielka wyszła z kawiarni z sową na ramieniu i zapraszała mnie do środka mówiąc, że nikogo nie ma w środku, więc nie muszę stać w kolejce. Źle trafiła, bo ja akurat nie chodzę do kawiarni ze zwierzętami, ale donoszę o obecności takowej z blogowego obowiązku.

sowia kawiarnia sowia kawiarnia

Gdy zdecydujemy się wyjść z drugiej strony metra (wyjście nr 6), po krótkim spacerze trafimy do Tsukudy. Warto się przejść po okolicy, obejrzeć lokalne świątynie, w tym jedną „owiniętą” wokół drzewa ukrytego w ciasnym przejściu między budynkami, popatrzeć na zachowaną część wioski rybackiej czy pospacerować wzdłuż rzeki.

tsukuda tsukuda tsukuda wioska rybacka tsukuda-canal tsukuda tsukuda

Tsukuda najpiękniejsza jest wiosną, kiedy wzdłuż brzegu rzeki rozkwitają wiśnie, które można podziwiać bez konieczności walki na łokcie :)

Tak tutaj wyglądała sakura:

tsukuda sakura

A tak w Ueno dwa lata temu:

sakura ueno
Przepraszamy. Miejsca siedzące nieczynne. Najbliższe czynne miejsca siedzące we Wrocławiu!

Przez cały okres kwitnienia wiśni baliśmy się, że tokijskie metro zrobi nam psikusa i rozwiesi reklamy „Tsukuda – ukryty klejnot” czy coś w tym stylu. Wtedy  z wizytą wpadłoby tu całe Tokio, a tego byśmy nie chcieli 😉

Tsukuda jest też dość popularna wśród cudzoziemców jako miejsce zamieszkania. Nie jest to najtańsze miejsce w tym mieście, ale powiedziałabym, że jest rozsądne cenowo. Do tego pięknie położone, rzeka, a obok niej dużo zieleni, wszystko co potrzebne (szkoły, szpital, supermarkety, apteki, klinki, księgarnia, poczta, basen) jest właściwie pod nosem.

tsukuda
Tokijskie blokowisko. Tak, tu mieszkamy i prosimy o nieprzesyłanie nam wyrazów współczucia w komentarzach :D

Nie będę nikogo przekonywać, że mieszkanie w czterdziestokilkupiętrowcu to same zalety – nie jesteśmy najszczęśliwsi, gdy sąsiadka smaży rybę na śniadanie, a nam zawiewa do salonu,  a na myśl o ewakuacji balkonem (drabinki ewakuacyjne umieszczone są właśnie tam) przechodzą nam ciarki po plecach, ale za to widoki dają radę 😉

tsuuda
Nasz widok z okna.
skytree
Widok z dachu naszego budynku.

Wiele razy czytałam, że Tokio jest betonowe i nie ma w nim zieleni. Moje obserwacje są jednak trochę inne – jak na tak ogromne miasto, tej zieleni jest jednak całkiem sporo. Nie widać tego na zdjęciach robionych z wież widokowych, ale z poziomu ulicy już tak. Tokio wbrew obiegowym opiniom o tłoku, pędzie i dużych odległościach, jest na dobrą sprawę dość przyjaznym miejscem do życia (oczywiście z wyjątkiem najbardziej zatłoczonych i głośnych dzielnic). Wiem, że to niepopularny pogląd, ale proszę mi uwierzyć na słowo. A jeśli mimo wszystko nie wierzycie, to będąc w Tokio poświęćcie chwilę i odwiedźcie Tsukudę.

The post Tsukuda, czyli u nas na dzielni appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/tsukuda/feed/ 9
Gdzie w Tokio jest centrum? http://tokyopongi.com/gdzie-w-tokio-jest-centrum/ http://tokyopongi.com/gdzie-w-tokio-jest-centrum/#comments Thu, 29 Dec 2016 13:15:18 +0000 http://tokyopongi.com/?p=6092 Walizki spakowane, paszporty i bilety sprawdzone, wystarczy tylko wsiąść się do samolotu i po kilkunastu godzinach zacząć zwiedzać centrum Tokio. Brzmi jak dobry plan? Nie do końca. Nie dlatego, że Tokio jest miejscem, którego nie warto zwiedzać, ale dlatego że jest zupełnie inne niż miasta, które znamy ze świata zachodniego. Architektonicznie inne. Wysiadamy z samolotu, […]

The post Gdzie w Tokio jest centrum? appeared first on TokyoPongi.

]]>
Walizki spakowane, paszporty i bilety sprawdzone, wystarczy tylko wsiąść się do samolotu i po kilkunastu godzinach zacząć zwiedzać centrum Tokio. Brzmi jak dobry plan? Nie do końca. Nie dlatego, że Tokio jest miejscem, którego nie warto zwiedzać, ale dlatego że jest zupełnie inne niż miasta, które znamy ze świata zachodniego. Architektonicznie inne. Wysiadamy z samolotu, odbieramy bagaż i idziemy kupić bilet do centrum miasta. Jeśli szczęśliwie wylądowaliśmy na Hanaedzie to w około 20 minut dojedziemy do stacji Shinagawa, a stamtąd już rzut beretem do stacji Tokyo, czyli w okolice Pałacu Cesarskiego. Jeśli mamy mniej szęścia lub mieszkamy w kraju, skąd linie lotnicze niezbyt chętnie latają na Hanedę, to właśnie wylądowaliśmy na lotnisku Narita, które wprawdzie często nazywane jest Tokyo-Narita, co jest poniekąd prawdą, jeśli przyjmiemy, że znak „-„ nie oznacza części Tokyo, ale co najmniej 60- (wersja na bogato) lub 90-minutową (budżetowo) przejażdżkę pociągiem lub autobusem. Ale bez względu jak lecimy do Japonii, czy mamy zaplanowaną każdą minutę wycieczki, czy raczej działamy spontanicznie, prędzej, czy później zadamy sobie to pytanie – „gdzie tu jest centrum?”

No właśnie – nigdzie i wszędzie zarazem. W zależności od tego, co chcemy w danej chwili robić. Wiąże się to z innym podejściem do organizacji przestrzeni i rozumieniem, czym jest tkanka miejska. W Europie, a w zasadzie w całym świecie „zachodnim” jednym z nośników historii i łącznikiem pomiędzy teraźniejszością a czasami minionymi jest architektura. Od XVIII i XIX wieku, w miarę możliwości i chęci, staramy sie zachować wygląd starych budynków, reknostruujemy je, kolorujemy fasady, odtwarzamy. Głównie na zewnątrz, gdyż ani nie zachowujemy układu wnętrz, ani nie zachowujemy ich funkcji. Oczywiście, liczne wojny, które się przetoczyły przez wiele zakątków Europy, pozostawiły puste ślady w organiźmie miejskim. Nie zawsze dało się restaurować, nie zawsze też był sens odbudowywać. Chociaż czasami, dla zachowania duszy miasta, odbudowywaliśmy całe kwartały – Warszawa, Berlin, Drezno.

Historia Tokio to głównie trzęsienia ziemii (ostatnie wielkie z 1923 roku), pożary, i działania wojenne. Podobno ulice w japońskich miastach budowane były w taki sposób, aby wróg, któremu udało się wtargnąć do miasta, tracił orientację. Ale gdyby tylko tym tłumaczyć wygląd japońskich miast, byłoby to zbytnie uproszczenie. W Japonii nośnikiem tradycji nie jest budynek, ale jego funkcja. Średni wiek budynku w Tokio to około 26 lat! Budynek, który ma więcej niż 15 lat uważany jest za stary. Japońskie miasta podlegają ciągłemu przeobrażaniu, są poddane ciągłym zmianom. Na miejscu starych, drewnianych budynków wyrastają nowe, betonowe, które w ciagu życia jednego pokolenia zastępowne bywają kolejnymi, wyższymi. Z wyjątkiem małych fragmentów miasta, gdzie z bliżej nieokreślonego powodu, zdecydowano się zachować historyczą zabudowę (jak chociażby Yanaka czy Tsukuda), długość życia budynku jest raczej krótka. Stąd materiały wykorzystywane do budowy nie są najtrwalsze, ani styl zbyt wysublimowany. Byle się na głowę nie lało. Ważniejsza jest wytrzymałość na trzęsienia ziemi i funkcjonalność. Bez większych sentymenów. Gdy młode pokolenie odziedziczy stary drewniany dom po rodzicach, często, jeśli finanse pozwalają, wyburzą stary dom i wybudują w jego miejsce nowy. Łącznikiem z przeszłością nie jest kamień, drewno i papier (w wersji nowocześniejszej żelbeton, plastik i wszelkie odmiany gumolitu), ale funkcja. Duch domu jest zachowany, gdyż związany jest on z funkcją, który dany kawałem ziemi pełni. Tu stał dom rodziców, tutaj znajduje się również przestrzeń, którą nowe pokolenie oswaja i nazywa swoim domem, w którą wlewa swoje współczesne radości i smutki. Tak, jak robili to ludzie przed nimi. Podobnie z miastem. Miastem, które płata figle naszej percepcji.

Gdybyśmy podziwiali panoramę nowoczesnego Tokio z tarasu widokowego wieży Tokyo Tower, i zapragnęlibyśmy zanurzyć się w historii miasta, zjechać na poziom gruntu i dla odmiany zobaczyć stary świat, to pewnie zechcemy odwiedzić niedaleką świątynię Zozo-ji. Specyficzny kolor drewna, jego zapach, kamienie wyszlifowane milionem stóp. Majestat wieków. Nie do końca. Wpadliśmy w pułapkę. Wieża, na wskroś nowoczesna, totem powojennej myśli technicznej, jest starsza niż świątynia, w której „mówiły wieki”. Została wybudowana w 1958 roku, świątynia Zojo-ji w 1974. Wprawdzie jej historia sięga setek lat w przeszłość, to świątynia, jak większość budynków, podjega cyklom narodzin i śmierci. Co 50-80 lat duch miejsca inkarnuje w nowy budynek. Historia jest zachowana i przekazywana poprzez funkcję.

Podobnie dzielnice – w ciągłym ruchu na osi czasu, podlegające nieustannym przemianom. Dwie stacje na północ od stacji Tokyo znajduje się Akihabara – elektryczne miasteczko, stolica geeków, nerdów i wszelkiej maści otaku. Wypełniona po brzegi betonowo-szklanych budynków elektroniką, komputerami,  plastikowymi figurkami postaci anime, wszelkiej maści rozrywką. Na próżno by szukać tutaj śladów przeszłości. Nawet nie odległej, ale tej sprzed 20 lat. Zupełnie inna Akihabara, niż ta sprzed lat, ale mimo wszystko ta sama. W miejscu, w którym współcześni kupują smartfony, ich dziadkowie 70 lat temu zaopatrywali się w sprzęt radiowy i elektryczne wyposażenie mieszkań. Albo Harajuku, którego kawiarnie i okolice upodobali sobie kiedyś obcokrajowcy, w którym wypadało bywać i się pokazać, jeśłi było się szanującym przedstawicielem zbuntowanego, oraz otwartego na nowości z zagranicy, pokolenia. Niewiele sie zmieniło – wpawdzie obcokrajowców można znaleźć wszędzie w Tokio, nie tylko w Harajuku – to młodzież, która swoje ostatnie momenty buntu przeciwko dorosłym i mieszczańskiemu społeczeństwu chce meanifestować ubiorem, wybierze się dzisiaj właśnie tu. Ostatni moment na pokolorowanie włosów na niebiesko, założenie dziwacznego stroju kosmicznego pirata i oddanie się zabawie. Pożniej już tylko praca. Albo Shinagawa – kiedyś pierwsza stacja pocztowa na drodze Tokaido, miejsce, gdzie podróżni musieli okazywać pozwolenia na odbycie podróży. Dzisiaj – miejsce, o największym zagęszczeniu pokojów hotelowych w Tokio – ponad 6000 miejsc noclegowych zlokalizowanych niedalego stacji. Brama do miasta – port, gdzie podróżni zatrzymują się w swojej drodze do lub z Miasta.

Modelowym przykładem zachowania historii poprzez funkcję jest Wielka Świątynia w Ise, zlokalizowana w prefekturze Mia. Ów szintoistyczny chram, poświęcony bogini Amaterasu, założony podobno w 4 wieku p.n.e (chociaż niektórzy badacze uważaja, że był to raczej  III-V wiek n.e.), co 20 lat jest demontowany i odbudowywany w tym samym kształcie. Co pokolenie, od setek lat. Jako najświętszy przybytek jest wciąż dla każdego pokolenia nowy, świeży, ale zarazem oryginalny i przedwieczny. Dzisiajsza inkarnacja pochodzi z 2013 roku, kolejna odbudowa w 2033 roku. Aż po czasu lub chęci kres.

I takie jest też moje Tokio – nowoczesne, a zarazem stare. Gdy przyjeżdza się tutaj jako turysta widzi się tę nowoczesność, poniekąd bylejakość niektórych dzielnic, które nie są wieżowcami ze betonu i szkła, a nie widzi się historii. Historia zaczyna przemawiać w jesienne popołudnia – gdy w zawirowaniu dymu z kadzidła spowodowanym spadającym z drzewa liściem, skrzy się  promień ostatniego ciepłego jesiennego dnia. I wtedy nie wiadomo, w którym cyklu życia jesteśmy, gdzie się podziały te wieżowce ze stali, ani kim w tej chwili jesteśmy. A potem nadchodzi wieczór i Tokio przemienia się w zupełnie inne miasto…


Artykuł powstał w ramach współpracy z portalem nowyzabytek.pl i był uprzednio publikowany na stronach Nowy Zabytek

The post Gdzie w Tokio jest centrum? appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/gdzie-w-tokio-jest-centrum/feed/ 10
Jak znaleźć mieszkanie w Tokio http://tokyopongi.com/jak-znalezc-mieszkanie-tokio/ http://tokyopongi.com/jak-znalezc-mieszkanie-tokio/#comments Mon, 15 Aug 2016 11:29:33 +0000 http://tokyopongi.com/?p=5875 Nadszedł ten dzień, w którym musimy wynieść się z naszego mieszkania. Teraz ckliwie spoglądamy na każdy centymetr naszych byłych prawie 90m2 i już wiemy, że dobrze to już było, odeszło i prędko nie wróci. W Rio olimpiada, a my mamy nasz własny maraton po mieszkaniach na wynajem, który najczęściej kończy się tym, że po powrocie […]

The post Jak znaleźć mieszkanie w Tokio appeared first on TokyoPongi.

]]>
Nadszedł ten dzień, w którym musimy wynieść się z naszego mieszkania. Teraz ckliwie spoglądamy na każdy centymetr naszych byłych prawie 90m2 i już wiemy, że dobrze to już było, odeszło i prędko nie wróci. W Rio olimpiada, a my mamy nasz własny maraton po mieszkaniach na wynajem, który najczęściej kończy się tym, że po powrocie do domu płaczemy nad butelką wina. Chociaż zdarzały się i takie mieszkania, nad którymi płakalismy już tam na miejscu. No jak można, no jak?! Japonio, lubię cię, ale dlaczego niemal wszystkie mieszkania mają brązowawe albo żółtawe tapety, brązowe drzwi, burozielone zasłony i szafki kuchenne jak wyjęte wprost z polskiego socrealu? I dlaczego to wszystko kosztuje jakby było co najmniej nowojorskim penthousem?

Jeśli myślicie o przyjeździe do Japonii, znalezieniu tu pracy i wynajęciu mieszkania, to ten wpis jest dla was. O pracy już co nieco pisałam, teraz czas na mieszkania. Sytuacja mieszkaniowa zależy głównie od tego czy przyjeżdża się tu na studia, kontrakt czy na własną rękę. Jeśli na kontrakt, to najczęściej dostaje się jakiś budżet i kontakt do agenta, z którym pracodawca współpracuje, następnie wybiera się sobie to, co się najbardziej podoba, i tyle. Mieszkania „kontraktowe” są wielkie, nowe, czyste, jasne, ładne i najczęściej z widokiem, czyli zupełnie odwrotnie do mieszkań studenckich, które są małe, średnio czyste, średnio ładne, a i widok najczęściej też jest średni. Do listy wad mieszkań studenckich można dopisać jeszcze to, że trudno je dostać, długo się na nie czeka i można w nich mieszkać nie dłużej niż 3 lata. Ale przynajmniej są tanie.

Można też szukać czegoś na własną rękę, ale tu właśnie wkraczamy na grząski grunt. Na własną rękę teoretycznie można wynająć wszystko, co się chce, bo teoretycznie jedyne ograniczenie to budżet, ale Japonia nie byłaby sobą, gdyby nie było tu miliona wymagań, komplikacji i absurdów. Przede wszystkim mieszkania są bardzo drogie (piszę o Tokio, nie orientuję się jak to wygląda w reszcie kraju), wymagane są ogromne przedpłaty, w większości wypadków bezzwrotne, a  jakość dostępnych mieszkań to czasem materiał na film grozy.

Ale, żeby tak zupełnie was nie zniechęcać i nie obdzielać żółcią i goryczą, których ewidentnie mam w nadmiarze, zacznijmy od najłatwiejszej opcji – wynajmujesz sobie pokój w „shared house”, czyli w jakimś domu, w którym dzielisz kuchnię i łazienkę z innymi mieszkańcami,  czasem dzielisz nawet pokój. Shared houses są bardzo popularne wśród młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy dopiero tu przyjechali i próbują szczęścia. Najtańsze pokoje kosztują już od 1,400 jenów za dobę, i z tego co mi wiadomo nikt nie pyta o wizy czy zaświadczenia o zatrudnieniu. Najpopularniejsze miejsca to Sakura House, Tokyo Sharehouse czy Borderless House.

Co jednak w sytuacji gdy nie chcesz z nikim dzielić mieszkania? Masz kilka opcji, wszystkie raczej drogie, a stosunek jakości do ceny w końcowym produkcie rzadko będzie optymalny.

Opcja nr 1

Idziesz do japońskiej agencji, która pośredniczy w wynajmie i na dzień dobry płacisz co najmniej potrójny czynsz – płacisz depozyt (najczęściej bezzwrotny), w wysokości co najmniej jednego miesięcznego czynszu, opłatę dla agencji za pośrednictwo (również w wysokości co najmniej miesięcznego czynszu), oraz japoński wynalazek,  który lepiej, żeby nie podbijał świata – kluczowe. Niespodzianka! Kluczowe jest również w wysokości miesięcznego czynszu. Zastanawiacie się pewnie, co to takiego to kluczowe – otóż jest to opłata dla właściciela, który życzliwie pozwala ci mieszkać w swoim mieszkaniu, mimo że przecież nie wynajmuje go charytatywnie. Wysokość opłat zależy od agencji, najczęściej będzie to trzykrotność czynszu, chociaż jedno z mieszkań, na które się natknęliśmy miało potrójny depozyt, podwójną opłatę do agencji, plus kluczowe – razem sześciokrotność miesięcznego czynszu! Aha! Jak już to wszystko zapłacicie, to nie zapomnijcie jeszcze zapłacić czynszu właściwego.

Całkiem sporo japońskich właścicieli nie życzy sobie zagranicznych najemców w swoich cennych mieszkaniach i jedyną opcją, aby coś wynająć jest znalezienie japońskiego gwaranta, który własnym honorem odpowiada za cudzoziemca i wszystkie szkody, które cudzoziemiec wyrządzi. Gwaranta można również finansowo obciążyć częściowymi kosztami wynajmu. W sytuacji cudzoziemców gwarantem bardzo często zostaje pracodawca.

Opcja nr 2

Drugą opcją są agencje półpaństwowe, np. UR Housing, które oferują mieszkania bez opłat dziękczynnych, kluczowych itd. Oczywiście trzeba im zapłacić podwójny depozyt oraz spełnić kilka warunków, aby można było w ogóle marzyć o mieszkaniu. Po pierwsze trzeba mieć wizę ważną na co najmniej rok, oraz pokazać zaświadczenie o wysokości opłaconych podatków za rok poprzedni, pokazać zaświadczenie o meldunku w gminie oraz zaświadczenie o zatrudnieniu. Czyli, żeby skorzystać z ich usług, nie tylko trzeba pracować w Japonii już co najmniej od roku, ale w momencie szukania mieszkania, trzeba mieć pracę, mieszkanie i adres na miejscu. My korzystamy z agencji UR ze względu na brak tych wszystkich szalonych opłat, ale niestety ta opcja nie będzie dostępna dla kogoś, kto do Japonii dopiero przyjechał.

Pewna uciążliwość związana z korzystaniem z japońskich agencji polega na tym, że są one zrejonizowane i nie mają centralnego katalogu mieszkań. Aby znaleźć mieszkanie przy stacji X, musisz odwiedzić agenta przy stacji X, a jeśli chcesz mieszkać przy stacji Y, to jedziesz do agenta przy stacji Y, i tak po kolei dla wszystkich liter alfabetu 😉 W ogóle lokalizacja mieszkania jest tutaj kryterium głównym i pierwsze pytanie, które zada ci agent będzie: przy której stacji chcesz mieszkać? Odpowiedź „wszystko jedno, byle w Tokio” to jest zła odpowiedź i nie przejdzie. Musisz podać stację, lub kilka stacji, przy czym w tym drugim wypadku spodziewaj się zdziwionych spojrzeń wysyłanych w twoim kierunku. Ten system jest nieco frustrujący, bo my szukamy przede wszystkim mieszkania, a nie mieszkania w określonej lokalizacji i nie przeszkadzałoby nam wcale, gdyby jakieś fajne znalazło się 3 stacje dalej od tych podanych agentowi. Ale niestety nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się o mieszkaniach spełniających nasze warunki poza wyznaczonym tererem poszukiwań, bo żaden agent nie myśli ani o jedną stację dalej.

Opcja nr 3

Dla cudzoziemców, którzy nie chcą przechodzić przez japońską biurokrację związaną z wynajmem mieszkania, powstały specjalne anglojęzyczne agencje, które zajmują się całą papierologią. Muszę pisać, że ceny ich usług sięgają stratosfery? W ogóle z usługami anglojęzycznymi w Japonii jest trochę jak z usługami ślubnymi w Polsce: jak tylko powiesz, że ta śliczna wiązanka to będzie do ślubu, to jej cena magicznie wzrasta 3 razy. Podobnie w Japonii ze wszystkim co będzie po angielsku i powstało, by … ekhm… ułatwiać życie cudzoziemcom (ale głównie tym, którzy dany biznes założyli).

Rodzaje mieszkań

W Japonii generalnie są trzy rodzaje mieszkań: mansion (), apāto () oraz domy jednorodzinne.

Mansion to zwykłe mieszkanie w najzwyklejszym betonowym budynku, co najmniej trzypiętrowym, z windą. W nowszych budynkach są często automatycznie otwierane szklane drzwi i lobby. Apāto natomiast to najczęściej mieszkanie w dwupiętrowym, dość prowizorycznie wyglądającym budynku, przeważnie zbudowanym z drewna i metalu. Mieszkania w apāto są niewielkie i tańsze niż mansion – w Tokio za apāto trzeba zapłacić około 60 tys. jenów za miesiąc. Zarówno mansion i apāto mają kiepską izolację, chociaż apāto z racji konstrukcji ma znacznie gorszą, a więc głośne słuchanie muzyki, pranie czy nawet trzaskanie drzwiami w nocy, może się skończyć otrzymaniem pisemnego upomnienia. Z reguły ani w mansion ani w apāto nie wolno trzymać zwierząt.

Poniżej przykładowe mieszkanie apāto. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony agenta nieruchomości wata-tochi.com.

mieszkanie w Tokio mieszkanie w Tokio mieszkanie w Tokio mieszkanie w Tokio mieszkanie w Tokio

A dom jednorodzinny, to dom jednorodzinny, jaki jest, każdy widzi 😀 . Dom jednorodzinny to typowy rodzaj mieszkania dla rodzin z dziećmi. Nie potrafię powiedzieć ile kosztuje wynajem takiego domu w Tokio, bo z pewnością nas na niego nie stać i nawet nie sprawdzaliśmy.

Jeśli chodzi o ceny, to najdrożej jest oczywiście w Tokio. Cena mieszkania zależy głównie od metrażu (w Japonii wielkość mieszkań podaje się w matach tatami, jedna mata tatami to około 1,6 m2 ), ale jest kilka dodatkowych czynników, które wpływają na cenę. Będzie to oczywiście dzielnica (powiedz mi, przy której stacji mieszkasz, a powiem ci kim jesteś 😉 ), odległość od stacji (im bliżej, tym drożej), stan mieszkania (im nowsze i czystsze, tym droższe), ogrzewanie podłogowe lub jego brak, balkon lub jego brak, a także widok z okna. Trudno podać zakres cenowy tych mieszkań, bo dwa mieszkania tej samej wielkości i w identycznym standardzie mogą kosztować różnie, w zależności od tego, przy jakiej stacji się znajdują. Można orientacyjnie przyjąć, że w Tokio ceny mieszkań typu mansion 1LDK (czyli sypialnia, kuchnia, salon z jadalnią), o powierzchni od 45 do 50 m2 zaczynają się od około 130 tys. jenów za miesiąc. Górnej granicy nie ma. I jest to oczywiście sam czynsz, do którego dochodzą opłaty za zużycie energii, wody itd.

Jak szukaliśmy mieszkania

Naszą przygodę z poszukiwaniem mieszkania zaczęliśmy w okolicach stacji Tatsumi – jeszcze Tokio, ale już klimat obrzeży wielkiego miasta. Skusiło nas dwupoziomowe mieszkanie w cenie 40-metrowego w „głównym” Tokio. To tutaj właśnie zaczęło do nas powolutku docierać, że z japońskimi architektami jest chyba coś nie tak… Jedyna sypialnia w mieszkaniu dwupoziomowym umożliwiała spanie wyłącznie na stojąco, bo na środku pokoju stał filar i za nic nie dałoby się tam wstawić łóżka. Do dziś się zastanawiam co architekt tej oryginalnej formy miał na myśli. Jak się później okazało, był to początek dłuższego cyklu pod tytułem: sypialnia za mała, albo tak nieustawna, że zapomnij o tym, że wciśniesz tam łóżko.

Drugie mieszkanie na tym samym osiedlu nie miało okna w sypialni, czyli żegnaj świeże powietrze, witaj smrodzie nigdy niewietrzonego pokoju. Blat w kuchni sięgał mi do połowy uda (a ja mam 165 cm wzrostu!), więc musiałabym gotować na siedząco, a mój mąż przy swoich 185 cm musiałby sobie chyba z Polski sprowadzić klęcznik. Nasz agent miał w zanadrzu jeszcze kilka adresów w tamtej okolicy, ale podziękowaliśmy mu ładnie i poszliśmy prosto do domu gapić się na okna i wysokie blaty oraz upić się z rozpaczy. Na marginesie tylko wspomnę, że samo osiedle też nie robiło szału. Nie żebyśmy mieli od razu fetysz na punkcie okolicy i widoku z okna, ale bożesztymój, jak tam było szaro, betonowo, smutno i brzydko :(

Generalnie odradzałabym mieszkanie na obrzeżach Tokio lub gdzieś pod Tokio. Oczywiście co kto lubi, będzie tam na pewno taniej, ale dojazd do pracy w Tokio i z powrotem, będzie wyglądał tak:

mieszkanie w Tokio
No dobra, tu jeszcze nie siadają na dachach, ale reszta się zgadza. Fot. źródło

W ramach ćwiczenia umysłu proponuję wyobrazić sobie jeszcze siaty z zakupami w rękach, bo supermarkety w Tokio to dobra rzadkie i mało kto ma coś takiego pod nosem.

Przejdźmy teraz do kwestii samych mieszkań. Mieszkania w Japonii są nieco lepsze niż te, które pamiętam z Holandii, bo mają podłogi i często jakieś zasłony w oknach. Miejsce na pralkę jest wydzielone i najczęściej jest w łazience, czasem w jakimś schowku w okolicach kuchni, a czasem w ogóle na zewnątrz. Tak – na zewnątrz budynku. I jeśli ma się pecha i mieszka się na parterze, to można w swoich pralkach od czasu do czasu znaleźć dary od przechodnów. Śmieci znaczy się. Ciekawostka: standardowe pralki w Japonii piorą tylko w zimnej wodzie, te z programami na ciepłą wodę są również dostępne, ale znacznie droższe. Ciekawa jestem jak się sprzedają, bo większość moich japońskich znajomych uważa, że te na zimną wodę są znacznie lepsze, bo mniej niszczą ubrania. Dodam jeszcze, że japońskie behemoty do prania zużywają  średnio powyżej 70 litrów wody na jedno pranie (mowa o nowoczesnych pralkach!). No co, kto bogatemu zabroni?

W mieszkaniach bardzo często jest jeden tradycyjny pokój z matami tatami, ale my takich mieszkań nie oglądamy, bo maty nie są wysoko na naszej liście życzeń. Mieszkania z tatami są zazwyczaj nieco tańsze. W mieszkaniach zazwyczaj są też wbudowane szafy, szafka na buty oraz przynajmniej jeden schowek. Łazienki niemal zawsze oprócz prysznica mają wanny, a z technicznych ułatwień wentylatory z kilkoma trybami, np. grzanie czy suszenie. W nowocześniejszych łazienkach wanny automatycznie utrzymują stałą temperaturę wody. Toalety typu washlet z podgrzewaną deską zdarzają się mniej więcej w połowie mieszkań, więc nie jest to chyba jeszcze standard. W kuchni nie uświadczysz piekarnika, jedynie małą szufladkę do pieczenia ryby (ja akurat opiekam w nich tosty 😉 ).

mieszkanie w Tokio
Jedno z mieszkań, nad którym się zastanawialiśmy. Odpadło bo okazało się, że gdy wstawimy łóżko do sypialni, to już nie otworzymy w niej drzwi.

Na koniec, żeby nie przedłużać i tak już długiego wpisu, napiszę jeszcze dokąd się wyprowadzamy. Po obejrzeniu kilkunastu mieszkań, zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Tsukishimy, dzielnicy na wyspie – mamy ewidentną słabość do „wyspiarskiego” Tokio. Tsukishima jest jedną z moich ulubionych dzielnic i bardzo się cieszę, że udało nam się znaleźć mieszkanie właśnie tam. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła ją dla was opisać i sfotografować. Ale niestety nasze nowe mieszkanie nie jest tym wymarzonym, bo jest małe (45 m2 ) i zdecydowanie pamięta lepsze czasy. Będziemy musieli się teraz mocno wysilić, żeby je sensownie urządzić i ze wszystkim się pomieścić, co przynajmniej na początku nie powinno być szczególnie trudne, bo ze sprzętów mamy jedynie maszynę do kawy, a z mebli lampkę biurkową. Czyli zestaw pracoholika. Wszelkie pomysły i patenty na urządzanie mieszkania wielkości szafy, są mile widziane :)

mieszkanie w Tokio
Nasz nowy widok z okna.

Tymczasem żegnamy się powoli z Odaibą, którą wciąż lubimy, ale mieszkanie tutaj przypomina jednak mieszkanie w Kołobrzegu w szczycie sezonu. Odaiba jest praktycznie oblężona przez turystów, najbliższy supermarket jest 2 stacje stąd, okoliczne sklepy 24-godzinne nie nadążają z dostawami i właściwie przez większość czasu świecą gołymi półkami. Do tego niemal co chwilę jesteśmy uszczęśliwiani koncertami czy festiwalami np. japońskiego popu (scena pod samym balkonem!), a w nocy wysłuchujemy ryku motorów, bo motocykliści z całego Tokio ukochali sobie Odaibę najbardziej. Żegnaj więc Odaibo, coś nam mówi, że nie będziemy tęsknić.

The post Jak znaleźć mieszkanie w Tokio appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/jak-znalezc-mieszkanie-tokio/feed/ 17
[RECENZJA] Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania http://tokyopongi.com/recenzja-katarzyna-boni-ganbare/ http://tokyopongi.com/recenzja-katarzyna-boni-ganbare/#comments Sun, 19 Jun 2016 13:35:18 +0000 http://tokyopongi.com/?p=5776 Wyobraź sobie, że masz dom, na który pracowałeś całe życie, rodzinę, przyjaciół, pracę – tę samą, dajmy na to, od 15 lat. I jednego dnia to wszystka znika. Wszystko co kochasz, wszystko co znasz, wszystko co ma dla ciebie jakąkolwiek wartość, w jednej chwili staje się jedynie mglistym wspomnieniem. Stoisz na stercie śmieci, po kolana […]

The post [RECENZJA] Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania appeared first on TokyoPongi.

]]>
Wyobraź sobie, że masz dom, na który pracowałeś całe życie, rodzinę, przyjaciół, pracę – tę samą, dajmy na to, od 15 lat. I jednego dnia to wszystka znika. Wszystko co kochasz, wszystko co znasz, wszystko co ma dla ciebie jakąkolwiek wartość, w jednej chwili staje się jedynie mglistym wspomnieniem. Stoisz na stercie śmieci, po kolana w błocie, w miejscu, które jeszcze rano było twoim domem, jeszcze kilka godzin wcześniej pachniało świeżą kawą, w którym rano rozbrzmiewały głosy twoich dzieci wychodzących do szkoły. Nie ma. Po tamtym życiu nie został nawet najmniejszy ślad. Wyobraź sobie teraz, że w takiej sytuacji znalazły się tysiące Japończyków w marcu 2011 roku. Ich nowe życie, po tym starym życiu, które nieodwracalnie odebrał im ocean, opisuje Katarzyna Boni w swojej książce ”Ganbare! Warsztaty umierania”, którą miałam okazję niedawno przeczytać. Jest to lektura przygnębiająca, a historie opisane w tej książce zostają w głowie na dłużej.

Książkę czytałam głównie w pociągu, w drodze do pracy i zdarzyło się, że przy części poświęconej tsunami (książka jest podzielona na trzy części), zwyczajnie się popłakałam. Ale mieszkam w Japonii, a tu interakcje z drugim człowiekem są ograniczone do niezbędnego minimum, więc można sobie ryczeć w pociągu i mieć absolutną pewność, że nikt nie zwróci na to najmniejszej uwagi. O czym jest „Ganbare” i co w ogóle oznacza japoński tytuł? Autorka wyjaśnia to już na początku ksiązki – ganbare to po japońsku „powodzenia”, „trzymajcie się”, używane do zagrzania do walki, dodania otuchy czy motywacji. I ci wszyscy ludzie – doświadczeni przez wielkie trzęsienie, wielkie tsunami i katastrofę w Fukushimie – próbują się jakoś trzymać. Ale jak właściwie przepracowuje się traumę w społeczeństwie, które wcale nie ceni sobie eksponowania emocji? Jak żyć po stracie w kraju, w którym zmarłego trzeba pożegnać, pochować i wyposażyć na dalszą drogę w zaświatach, a tysiące ludzi zabranych przez ocean, do dziś się nie odnalazło?

Tuż po katastrofie 2011 roku, w mediach pojawiało się wiele komentarzy, że to oczywiście straszna tragedia, ale Japonia się z tego otrząśnie i szybko podniesie, bo zawsze się podnosi, że Japończycy są przecież na takie rzeczy świetnie przygotowani i doskonale wiedzą co robić. Książka Katarzyny Boni udowadnia jednak, że Japończycy jednak nie do końca byli przygotowani na to co ich spotkało, a i z tym podnoszeniem się po klęsce też wcale nie jest tak jak wszyscy sobie wyobrażają.

ganbare
Fot, źródło

„Ganbare” jest zbiorem historii ludzi, którzy stracili wszystko podczas tsunami, historii pracowników elektrowni w Fukushimie, którzy heroicznie walczyli z czasem podczas katastrofy i ludzi, którzy w jej wyniku musieli opuścić swoje domy, oraz historii ludzi, którzy przeżyli zrzucenie bomby na Hiroshimę, a także historii tych, którzy próbują jakoś pomóc tym, którzy przetrwali. Katarzyna Boni oddaje głos Japończykom – to jest tak naprawdę ich opowieść, a autorka jest tu słuchaczem i kronikarzem.

W wielkich katastrofach, które pociągaja za sobą wielkie ofiary, nie sposób opowiedzieć wszystkich indywidualnych historii – siłą rzeczy w przekazach zatracają się imiona i znaki szczególne. Mówi się o tysiącach ofiar, a przecież to byli czyiś dziadkowie, rodzice, żony, mężowie, dzieci, wnuki, przyjaciele i znajomi. Katarzyna Boni oddaje głos ofiarom, nadaje tragedii indywidualny rys – tak, zginęły tysiące ludzi, ale poznajmy imiona przynajmniej niektórych z nich, opowiedzmy o nich nie jak o ofiarach, a o ludziach którymi byli, zanim zabrała ich fala.

ganbare
Fot. źródło

TSUNAMI

„Ganbare” jest podzielona na trzy części. Pierwsza i moim zdaniem najbardziej przygnębiająca opowiada o doświadczeniu tsunami, druga o atomie i Fukushimie, trzecia – najkrótsza, opowiada o warsztatach umierania. Pierwsza część dla mnie osobiście była najtrudniejsza. O tsunami uczyłam się dawno temu, przygotowując się do matury z geografii i do dziś dobrze pamiętam, że w którymś z podręczników przeczytałam, że jeśli znajdujesz się na wybrzeżu Pacyfiku (lub Oceanu Indyjskiego, chociaż tu tsnami zdarza się o wiele rzadziej) i obserwujesz jak woda gwałtownie się cofa, to powienienś natychmiast uciekać na tereny położone wyżej. NATYCHMIAST. Japończycy takich rzeczy uczą się o wiele wcześniej niż my. A jednak 11 marca 2011 roku pomimo alarmu i wezwania do natychmiastowej ewakuacji, część osób nie ruszyła się z miejsca, błędnie zakładając, że to tylko fałszywy alarm.  A w mieście Rikuzentakata część ludzi, którzy uciekli do centrów ewakuacji i myśleli, że są w nich bezpieczni, została zabrana przez rekordowo wysoką falę, na którą miasto nie było przygotowane. W samej Rikuzentakacie 11 marca 2011 r. fala tsunami miała 13 metrów. Dotarła 10 kilometrów w głąb lądu. Zabrała 80 procent z 8 tysięcy budynków w mieście. Zabiła 1656 osób; 223 uważa się za zaginione.

ganbare
Rikuzentakata Fot. źródło

ATOM

Japonia kocha procedury, na improwizację nie ma tu miejsca. Wydawać by się mogło, że nie ma bepieczniejszego miejsca na elektrownie atomowe niż Japonia, a jednak historia marca 2011 r. pokazuje, że są scenariusze, których nie uwzględniają nawet japońskie procedury. Dyrektor elektrowni, Masao Yoshida, został moim bohaterem. Jego dramatyczna walka (nierzadko wbrew instrukcjom z Tokio) z uszkodzonymi reaktorami i próba uniknięcia katastrofy na potężną skalę, wywarła na mnie ogromne wrażenie – ten fragment książki czyta się z zapartym tchem. Pomimo oczywistego bohaterstwa pracowników elektrowni – tu niestety nie ma happy endu. Katastrofę udało się ograniczyć, ale nie powstrzymać, teren wokół elektrowni jest skażony, ludzie mieszkający w okolicy elektrowni zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów i prawdopodobnie nigdy do nich nie powrócą, do oceanu nadal wpadają tony skażonej wody i tak naprawdę ta katastrofa trwa. Ona cały czas trwa i nie wiadomo czy i kiedy się skończy.

ganbare
Fot. źródło

Zarówno ludzie, którzy stracili domy przez falę tsunami, jak i ci, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów z powodu skażenia promieniotwórczego, zostali przeniesieni do blaszanych kontenerów, zwanych „mieszkaniami tymczasowymi”, gdzie zarówno termin „mieszkanie” jak i termin „tymczasowe” są terminami umownymi. Bo ani to nie są mieszkania, ani tymczasowe, skoro co dwa lata tę „tymczasowość” można przedłużyć. Ludzie skarżą się na brak prywatności, na temperaturę – latem jest gorąco, zimą jest zimno, na brak więzi społecznych, na brak zainteresowania władz w Tokio, które wydają się być bardziej zainteresowane zbliżającą się olimpiadą, niż rozwiązaniem problemu tymczasowych osiedli. Bohaterowie „Ganbare” sugerują zresztą, że północ Japonii to od zawsze taka „tylna Japonia”, nieco dzika kraina, której problemy nigdy nie były priorytetem dla władz centralnych.

ŻYCIE PO ŚMIERCI

Katarzyna Boni w swojej książce „Ganbare” oddaje też głos mnichom, psychoterapeutom czy wolontariuszom, którzy próbują pomóc tym, którzy przetrwali. Ta pomoc przybiera różne formy – niektórzy nurkują i poszukują ciał zaginionych, inni organizują spotkania, na które można przyjść i wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje, są warsztaty płakania, warsztaty umierania, podczas których można przećwiczyć scenariusz własnej śmierci, wejść do trumny i poczuć jak jest w środku, a nawet… rozmowy z duchami zmarłych, które opętały żywych.

Muszę przyznać, że wątki fantastyczne to jedyna rzecz, która zgrzyta mi w tej książce. Nie do końca przemawia do mnie fantastyka przeplatająca się z reportażami, opowieści o szamankach z północy, duchach i opętaniach, czy jeden rozdział, w którym pierwiastki promieniotwórcze zostały przedstawione jako stworzenia rodem z japońskiej mitologii. Rozumiem, że jest to próba oswojenia niepojętego, a w przypadku pierwiastków bardzo łopatologiczne wytłumaczenie z czym dokładnie mamy do czynienia, ale moim  zdaniem te zabiegi niepotrzebnie infantylizują przekaz. Japończycy co prawda mają skłonność do deifikacji najbardziej prozaicznych przedmiotów czy ukochanych zwierzątek, ale nie jestem pewna, czy akurat taki los spotkał promieniotwórcze pierwiastki.

Niemniej jednak jest to bardzo dobrze napisana oraz moim zdaniem potrzebna książka. Nie jest to kolejna zinfantylizowana opowieść o przygodach gaijina na „japońskiej planecie”, tylko zapis traumy społeczeństwa, które doświadczyło ogromnej straty i z którą próbuje sobie, z lepszym lub gorszym skutkiem, poradzić. O takiej Japonii nie poczytacie na blogach.


Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania
Wydawnictwo Agora 2016

The post [RECENZJA] Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/recenzja-katarzyna-boni-ganbare/feed/ 12
Shibazakura – oczekiwania a rzeczywistość http://tokyopongi.com/shibazakura-oczekiwania-a-rzeczywistosc/ http://tokyopongi.com/shibazakura-oczekiwania-a-rzeczywistosc/#comments Mon, 02 May 2016 16:12:48 +0000 http://tokyopongi.com/?p=5711 Muszę przyznać, że ostatnimi czasy przechodzę ochłodzenie swoich relacji z Japonią, stąd też moja niższa aktywność na blogu. Trudno jest mi opisywać z zachwytem rzeczy, które mnie nie zachwycają, a nie chcę też zostać największą zrzędą blogosfery 😉 Jesteśmy w Japonii już tak długo, że żelazne punkty z listy każdego szanującego się turysty mamy już dawno […]

The post Shibazakura – oczekiwania a rzeczywistość appeared first on TokyoPongi.

]]>
Muszę przyznać, że ostatnimi czasy przechodzę ochłodzenie swoich relacji z Japonią, stąd też moja niższa aktywność na blogu. Trudno jest mi opisywać z zachwytem rzeczy, które mnie nie zachwycają, a nie chcę też zostać największą zrzędą blogosfery 😉 Jesteśmy w Japonii już tak długo, że żelazne punkty z listy każdego szanującego się turysty mamy już dawno odhaczone, a nowe „nieoczywiste” atrakcje nie porywają. Na tym blogu uprzedzałam już nieraz, żeby a) nie zwiedzać Japonii podczas Złotego Tygodnia, b) nie ufać pokolorowanym zdjęciom w folderach. A już reklam w tokijskim metrze i na tokijskich stacjach kolejowych należy się wystrzegać jak najgorszej zarazy. Gdybym jeszcze tylko słuchała własnych rad.

Obecnie w Japonii trwa Złoty Tydzień czyli wielka kumulacja świąt państwowych. Mniej więcej polega to na tym, że Tokio się wyludnia i kolektywnie jedzie w miejsca, które są polecane m.in. w reklamach w metrze czy na stacji. I chociaż już wiemy, że nie powinniśmy, to jednak jak zwykle szkoda nam było marnować weekendu i pięknej pogody. Wypożyczyliśmy więc samochód i po półtorej godziny jazdy, a następnie kolejnych dwóch spędzonych w 20 km korku udało nam się w końcu dotrzeć na miejsce, tylko po to, aby stwierdzić, że jednak trzeba było siedzieć na tyłku w domu i nie wymyślać sobie atrakcji.

shibazakura

Shibazakura to słynne pole kwiatów u podnóża góry Fuji, jeden z tzw. „typowych” japońskich widoków, obfotografowany z każdej strony i obowiązkowo obecny w każdym przewodniku po Japonii. Na początku wyjaśnijmy sobie kwestię podstawową: to nie jest żadne „pole” kwiatów. Poletko raczej. Park Shibazakura jest niewielki, połowę powierzchni zajmują zresztą stoiska z jedzeniem, na drugiej połowie na wąskich ścieżkach wyłożonych gumowymi wykładzinami, kłębią się turyści, co chwila potykając się lub hacząc o statywy lub nieodłączne wyposażenie zakochanych w sobie narcyzów, czyli badyle do robienia selfików. Nie mogło oczywiście zabraknąć kopca udającego Fuji, pod którym obowiązkowo przystają ludzie głośno komentując, że „ach, jak tu bardzo pięknie”, oraz punktu widokowego, za który tu akurat służy rdzewiejący uliczny wiadukt, pasujący do otaczającego krajobrazu jak wół do karety, i do którego oczywiście czeka się. Długo. W kolejce. (Ciekawa jestem ile czasu średnio w swoim życiu Japończyk spędza stojąc w różnych kolejkach.) Widok z rdzewiaka niespecjalnie porywa, ale nie spodziewaliśmy się wcale, że nas porwie, więc obyło się bez nieprzyjemnych rozczarowań.

shibazakura
Czekamy w kolejce do „punktu widokowego” (to małe, brązowe, daleko w tle)
shibazakura
Kopiec

Dobra, żeby zaraz nie było, że jak zwykle rozlewam samą żółć i sieję defetyzm – jeżeli jesteście w okolicach Parku Narodowego Fuji – Pięć Jezior, który jest naprawdę piękny i pełen atrakcji (o czym będzie niżej), a przy okazji chcecie zerknąć na kwiatki pod Fuji, to nie ma problemu, jedźcie, oglądajcie, na zdrowie. Ale jeśli myślicie o wycieczce specjalnie z Tokio, to ostrzegam: nie idźcie tą drogą. Nie warto. Naprawdę.

Nie chodzi nawet o to, że nie doceniam pięknych widoków czy nie lubię kwiatów. Bo lubię i jeśli mieliście okazję zerknąć kiedyś na mój instagram, to wiecie, że piszę prawdę 😉 Mój problem z parkiem Shibazakura polega jednak na tym, że widziałam już ogrody piękniejsze (np. Keukenhof w Holandii czy Arboretum w Wojsławicach) i nie potrafię się zachwycić jakąś grządką tylko i wyłącznie dlatego, że znajduje się tuż pod jedną z najpiękniejszych gór w Japonii i w sezonie jej zdjęcia atakują mnie zewsząd.

Jeśli mimo wszystko uważacie, że zrzędzę i się nie znam, a do parku Shibazakura nie można nie pojechać, to dostaniecie się tam z Tokio pociągiem (Linie Chuo lub Sobu) lub autobusem (Highway Bus lub Tomei Highway Bus). Należy dostać się do miejscowości Kawaguchiko, a następnie przesiąść na lokalny autobus (Shibazakura Liner), który zabierze Was prosto do parku. Dojazd z Tokio zajmuje około 3 godzin, i kosztuje około 6 tys. jenów w obie strony, gdy pojedziecie autobusem, lub około 10 tys. jenów, gdy pojedziecie pociągiem. Posiadacze karnetu JR Pass mogą w ramach karnetu dojechać do stacji Otsuki, a do Kawaguchiko dojechać linią Fujikyuko, która niestety nie jest uwzględniona w bilecie JR Pass. Wstęp do parku kosztuje 600 jenów.

Opcją dla tych, którzy mają więcej czasu będzie oczywiście spędzenie kilku dni w rejonie Parku Fuji – Pięć Jezior. Tam oprócz pięknych widoków, jest całkiem sporo atrakcji i raczej nie można się nudzić. Oprócz jezior i gór, w okolicy znajduje się kilka jaskiń, skanseny Iyashi no Sato oraz Hannoki Bayashi Shiryokan, muzeum Kubota, park rozrywki Fuji-Q Highland ze słynnym Nawiedzonym Szpitalem, onseny i senne miasteczka, w których po 17:00 zamiera wszelkie życie. I chociaż sama wychowałam się właśnie w takim małym mieście, to obecnie po blisko trzech latach spędzonych w buzującym życiem Tokio, spokój i cisza małych miejscowości trochę mnie przygnębiają. Aczkolwiek trudno nie docenić krajobrazowych walorów miejscowości położonych tuż nad samym jeziorem, w cieniu wielkiej góry.

Fuji-Q HIghland
Fuji-Q HIghland fot. źródło
Fuji-Q Highland
Nawiedzony szpital. Część parku Fuji-Q Highland fot. źródło
shibazakura
Skansen Iyashi no Sato. Fot. Phil Marion, źródło
shibazakura
Jezioro Kawaguchi
shibazakura
Pagoda Chureito

Śniadanie może i na krawężniku, ale za to z widokiem :)

fuji

The post Shibazakura – oczekiwania a rzeczywistość appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/shibazakura-oczekiwania-a-rzeczywistosc/feed/ 13
Sakura – najpiękniejsze miejsca http://tokyopongi.com/sakura-najpiekniesze-miejsca/ http://tokyopongi.com/sakura-najpiekniesze-miejsca/#comments Wed, 30 Mar 2016 04:03:32 +0000 http://tokyopongi.com/?p=1849 Uwaga! Wróciłam Po długim okresie niskiej aktywności blogowej powracam z głową pełną pomysłów i proszę trzymajcie kciuki, żeby mnie zapał jak zwykle przedwcześnie nie opuścił. W Tokio już wiosna – sakura wyziera z każdego kąta, wygania z domu, prosi się, żeby wyjść i ją podziwiać. Wiśnie gdzieniegdzie zaczynają już w ogóle przekwitać, co mi przypomniało, […]

The post Sakura – najpiękniejsze miejsca appeared first on TokyoPongi.

]]>
Uwaga! Wróciłam :) Po długim okresie niskiej aktywności blogowej powracam z głową pełną pomysłów i proszę trzymajcie kciuki, żeby mnie zapał jak zwykle przedwcześnie nie opuścił. W Tokio już wiosna – sakura wyziera z każdego kąta, wygania z domu, prosi się, żeby wyjść i ją podziwiać. Wiśnie gdzieniegdzie zaczynają już w ogóle przekwitać, co mi przypomniało, że od trzech lat piszę i piszę i skończyć nie mogę mojej subiektywnej listy miejsc, w których kwitnące drzewa wyglądają najpiękniej. A podobno takie listy pisze się najłatwiej… Wiem, że sporo turystów wybiera się do Japonii w okresie kwitnienia wiśni, często zresztą pytaliście w mailach dokąd najlepiej jechać, żeby się zachwycić, więc oto i jest lista. Mam nadzieję, że komuś się przyda.

1. Yawatashi, Prefektura Kioto

sakura

Mój absolutny wiśniowy nr 1. Yawatashi znajduje się niedaleko Kioto, można tam dojechać pociągiem lokalnym. Jest to miejsce mało znane wśród zagranicznych turystyów, co nie oznacza oczywiście, że nie jest znane w ogóle – na miejscu spodziewajcie się całkiem sporej populacji Japończyków. Ale… Drzewa wiśniowe w Yawatashi rosną wzdłuż dwukilometrowej alei, więc dla wszystkich wystarczy i miejsca i widoków. A patrzeć jest na co, bo oprócz pięknych, starych, rozłożystych wiśni, tuż obok mamy rzekę. Cóż więcej pisać, tam jest naprawdę pięknie!

sakura

2. Ścieżka Filozofów, Kioto

sakura

Jeśli byłeś w Kioto i nie spacerowałeś Ścieżką Filozofów, to tak jakbyś w ogóle nie był w Kioto. Stara alejka biegnąca wzdłuż niewielkiego kanału, wysadzana drzewami wiśni wygląda najpiękniej, gdy kwitną sakury. Ścieżka swoją nazwę zawdzięcza filozofowi Kitaro Nishidzie, który lubił nią spacerować w celu medytacji. W okresie kwitnących wiśni nie spodziewajcie się tu jednak optymalnych warunków do medytacji.

sakura

3. Góra Misen, Miyajima, Prefektura Hiroshima

sakura

Ze szczytu góry Misen pięknie widać Hiroshimę, Morze Wewnętrzne i niewielkie zielone wyspeki, które tak bardzo kojarzą się z Japonią. Wiosną kwitną tam wiśnie i widok po prostu zwala z nóg. Zdjęcie powyżej być może nie zabija urodą, ale spóźniliśmy się kilka dni i na pocieszenie zostało nam do podziwiania tylko jedno drzewo. Ale widok z góry jest piękny i miejsce na mojej liście jak najbardziej zasłużone.

sakura

4. Iwakuni, Prefektura Yamaguchi

sakura

Iwakuni to jedno z tych miejsc, do którego często nie docierają zagraniczni turyści, bo co tu kryć, dojazd tu nie jest najwygodniejszy. Ale warto się przemęczyć i zobaczyć historyczny (powstały w 1673 roku), drewniany most Kintai. Most znajduje się u podnóża góry Yokoyama, na której szczycie znajduje się zamek Iwakuni. Park Kikkō, na terenie którego znajduje się most i zamek są bardzo popularne w okresie kwitnienia wiśni oraz jesiennej zmiany kolorów klonów japońskich. Park w 1922 roku został uzany za skarb narodowy.

sakura

5. Chureito Pagoda

sakura

Ha! To miejsce znacie wszyscy, nawet jeśli nigdy tu nie byliście. Chureito – gwiazda wszystkich przewodników turystycznych :) Czerwona pagoda, różowe kwiaty sakury, a w tle majestatyczna Fuji. Kto by nie chciał tego zobaczyć? (zdjęcie powyżej pochodzi ze strony LowCostAirlines)

sakura

6. Jezioro Kawaguchiko

sakura

Pozostajemy w okolicach naszej pagody Chureito. Pospacerujcie wzdłuż północnego brzegu Jeziora Kawaguchiko i cieszcie się takimi widokami jak te powyżej. (zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia Commons)

sakura

7. Arashiyama

sakura

Miejscowość Arashiyama leżąca na zachód od Kioto, jest uznana za pomnik historii oraz za jedno z najbardziej atrakcyjnych krajobrazowo miejsc w Japonii. Arashiyama jest niezwykle popularna wśród turystów w okresie kwitnienia wiśni, oraz jesienią, gdy liście drzew zmieniają kolor na czerwony. W Arashiyamie oprócz słynnego starego mostu Togetsukyo, znajduje się kilka ważnych świątyń (m.in. Tenryū-ji), sporo tradycyjnej architektury, plus oczywiście słynny las bambusowy. (zdjęcie pochodzi ze strony mery.jp)

sakura

8. Chidorigafuchi

sakura

Chidorigafuchi to jedno z najpopularniejszych miejsc w Tokio. To aleja o długości około 700 metrów, wzdłuż której rośnie 260 drzew wiśni, podświetlonych wieczorem, dzięki czemu można je podziwiać również w nocy. W parku Chidorigafuchi znajdziemy również wypożyczalnię łódek, które w okresie kwitnienia wiśni są szczególnie popularne wśród zakochanych.

sakura

9. Meguro River, Tokio

sakura

Jedno z najpopularniejszych i w okresie kwitnienia wiśni najtłumniej odwiedzanych miejsc w Tokio. Wzdłuż rzeki Meguro po obu stronach znajdują sie alejki, wzdłuż których rosną wiśnie. Drzewa są podświetlone wieczorem, więc również po zmroku można tu podziwiać kwiaty. Nie jest to może najwygodniejsze miejsce na piknik, ale tysięcy Japończyków to nie powstrzymuje. (zdjęcie powyżej pochodzi ze strony macro-ni.jp)

sakura

10. Shinjuku Gyoen, Tokio

sakura

Jedno z moich ulubionych miejsc w Tokio, nie tylko na sakurę, ale tak ogólnie :) Wstęp do parku Shinjuku jest płatny, spożywanie akoholu w parku jest zabronione – uwaga! obsługa może zajrzeć do toreb i skonfiskować alkohol. Park jest duży i bardzo zadbany – to wymarzone miejsce na piknik pod drzewem.

icon_sakura_new
To już moja piąta (szok! niedowierzanie! ale jak to?!) sakura w Japonii i poczyniłam już sporo wpisów o wiśniach, piknikach oraz ogólnonarodowym świętowaniu. I więcej chyba już nie będzie… :) Biegnę teraz pod jakieś drzewo odbyć w końcu choć jeden piknik, bo zmożona grypą przez ostatnie dni, sakurę oglądałam u znajomych na facebooku. Pozdrawiam wiosennie!

The post Sakura – najpiękniejsze miejsca appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/sakura-najpiekniesze-miejsca/feed/ 10
Hakuba i Alpy Japońskie http://tokyopongi.com/hakuba-i-alpy-japonskie/ http://tokyopongi.com/hakuba-i-alpy-japonskie/#comments Wed, 24 Feb 2016 11:43:40 +0000 http://tokyopongi.com/?p=5403 Hakuba leży w prefekturze Nagano, a prefektura Nagano to jedyna prefektura, którą Japończycy uważają za górską, mimo że gdzie by tu nie spojrzeć, wszędzie są jakieś góry. Hakuba to bardzo spokojne miejsce, ale z pięknymi i świetnie przygotowanymi trasami i rozbudowaną bazą noclegową. Nie dajcie sobie jednak wmówić, że wioski w Alpach Japońskich wyglądają tak […]

The post Hakuba i Alpy Japońskie appeared first on TokyoPongi.

]]>
Hakuba leży w prefekturze Nagano, a prefektura Nagano to jedyna prefektura, którą Japończycy uważają za górską, mimo że gdzie by tu nie spojrzeć, wszędzie są jakieś góry. Hakuba to bardzo spokojne miejsce, ale z pięknymi i świetnie przygotowanymi trasami i rozbudowaną bazą noclegową. Nie dajcie sobie jednak wmówić, że wioski w Alpach Japońskich wyglądają tak jak ich odpowiedniki w prawdziwych Alpach (taka opinia jest dość powszechna na blogach czy różnych forach), bo to jednak nieprawda i jeśli źle znosicie rozczarowania, może być wam na miejscu bardzo przykro. Hakuba to mała i do bólu japońska wioska, czyli spodziewajcie się pstrokacizny, prowizorki i zaniedbanych domków, tak typowych dla japońskich prowincji. Nie piszę oczywiście o hotelach czy pensjonatach, te zazwyczaj są zadbane i na swój sposób urocze.

Czy warto jechać? Hmm… Mam świadomość, że dla kogoś kto mieszka w Polsce (czy w ogóle gdzieś w Europie), Japonia nie znajdzie się nawet w pierwszej setce potencjalnych miejsc na narty, ale gdyby się tak zdarzyło, że upolowaliście super tani bilet do Japonii w grudniu czy styczniu, jesteście już na miejscu, kochacie sporty zimowe… to jedźcie do Hakuby, bo z pewnością będziecie zachwyceni! Hakuba oferuje mnóstwo świetnie przygotowanych tras odpowiednich dla różnego stopnia zaawansowania, co najmniej jeden oświetlony stok, o którym wiemy i na którym zjeżdżaliśmy (otwarty do 21:30), sporo wypożyczalni sprzętu, często współpracujących z różnymi hotelami czy pensjonatami, przez co oferujących system zniżek dla gości zatrzymujących się w poszczególnych hotelach. Dla nas było to bardzo ważne, bo nie mamy w Japonii swojego sprzętu ani nawet zimowej odzieży. Nasz pensjonat współpracował niestety z najdroższą wypożyczalnią w całej wsi i nawet zniżka nie ratowała sytuacji, więc z konieczności przekopaliśmy się przez wszystkie okoliczne sklepiki i wypożyczalnie. Z jednej wychodzliśmy zapłakani, bo chociaż oferowała tanie rzeczy, to wyglądały one jakby pochodziły z darów Czerwonego Krzyża gdzieś z początku lat 90. Ale w końcu trafiliśmy do wypożyczalni, w której odzież nie była tak koszmarnie brzydka, ale mimo tego dobieraliśmy kurtki i spodnie z różnych kompletów, co skończyło się tym, że koleżanka miała kurtkę w kolorach taśmy ostrzegawczej, a ja we wzór niezbyt gustownej ceraty kuchennej. Ale co tam, nie byłam jedyna – na stoku spotkałam mnóstwo ludzi w identycznej odzieży jak moja i przy każdym takim spotkaniu czułam się odrobinę mniej obciachowo. Inna sprawa, że na stoku zlewałam się idealnie z tłumem i rozpoznać mnie można było tylko i wyłącznie po niepodrabialnym stylu jazdy 😀

Jak już wspomniałam w Hakubie znajdziemy trasy zarówno dla początkujących, jak i tych bardzo zaawansowanych.

  • Idealne na początek: Iimori, Tsugaike
  • Dla średnio zaawansowanych: Happo One
  • Dla zaawansowanych: Hakuba 47, Goryu
  • Dla tych co lepiej jeżdżą niż chodzą, idealnym miejscem będzie Cortina

Zgadnijcie którą stację wybraliśmy jako czwórka początkujących, z czego dwie osoby z naszej grupy nigdy nie miały nawet przypiętej deski do nóg? GORYU. Z jakiegoś powodu ubzdurało nam się, że jest to idealne miejsce dla początkujących. Brawa dla nas! A najlepiej takie pałką w głowę! :)

hakuba
Przepaść, widzę przepaść!

Ale od początku. Pierwszego dnia pobytu w Alpach Japońskich pojechaliśmy przywitać się z małpami z parku Jigokoudani, który odwiedziliśmy już w zeszłym roku, ale tym razem mieliśmy nadzieję na więcej śniegu. Nadzieje okazały się płonne – nie dość, że śniegu było o wiele mniej niż w zeszłym roku, to samych małp również było wyraźnie mniej. Ludzi za to jak zwykle było dużo.

Dobra, jedziemy, 50 km od Hakuby nie ma śladu zimy. Na prawo nie ma lasu, na lewo nie ma lasu, nigdzie też nie ma śniegu…

yudanaka
Ja się pytam gdzie jest śnieg?!

Nie powiem, miny nam nieco zrzedły, a prognozy pogody na weekend też nie miały prawa nastrajać optymistycznie i już zaczynaliśmy się bać że nasz zimowy weekend będzie wyglądał tak:

hakuba
Fot. źródło

Chociaż w trasie śniegu było niewiele, to na miejscu było go jednak całkiem sporo. Uffff. Ale mimo tego zlośliwa prognoza pogody okazała się prawdziwa i w sobotę rzeczywiście lało, szczególnie w niskich partiach gór. Wtedy wpadliśmy na kolejny pomysł z serii tych genialnych: „no, skoro tu pada i w ogóle jest dużo ludzi, to może wjedziemy sobie na sam szczyt i stamtąd zjedziemy”. I jeśli w tej chwili myślicie, że parsknęliśmy smiechem, albo chociaż na chwilę gdzieś tam zaświtała myśl „nieeee, no dajcie spokój, nie damy rady”, to jesteście w błędzie. Wszyscy, a jakże, zgodnie uznaliśmy, że to przedni pomysł i tyle nas widzieli. To co zastaliśmy na górze, a co miało być trasą zieloną (przypominam, że my wciąż żyliśmy w przekonaniu, że Goryu jest stacją dla początkujących!), okazało się bardzo trudną trasą biorąc pod uwagę nasze możliwości. Fakt, że zjechaliśmy stamtąd i nie musieliśmy wzywać helikoptera na ratunek, traktuję w kategoriach cudu. Co prawda moja nieporadna jazda przypominała raczej zjazd na drzwiach od stodoły, ale wiecie co… tak sobie teraz myślę, że Polak to jednak potrafi 😀 Nie myślcie sobie, że piszę to z satysfakcją, nie mam żadnych złudzeń co do tego, jak wyglądałyby ewentualne komentarze, gdyby coś się stało i wylądowalibyśmy w newsach na pierwszej stronie Onetu. Gwoli sprawiedliwości muszę oddać, że mój mąż pokonany przez deskę, po jednym dniu wymienił ją na swoje ukochane narty i on chyba jako jedyny miał na tej górze jakąś frajdę.

hakuba

W niedzielę rozum nas wyjątkowo nie opuścił i zostaliśmy na prostych trasach, a pogoda tym razem dopisała i chociaż dla tego jednego dnia warto było przyjechać i dzielnie znosić zakwasy, siniaki i poobijane wszystkie części ciała. Piszę te słowa ze sztywną, bolącą szyją i nadal uważam, że jak najbardziej było warto 😀 .

hakuba hakuba hakuba hakuba

Jeśli chodzi o bazę noclegową w Hakubie, to jest z czego wybierać. Ceny są zróżnicowane w zależności od tego czy mówimy o pensjonacie czy hotelu, ale uczciwie ostrzegam, że w sezonie, a już szczególnie w weekendy, gdy do Hakuby zjeżdża połowa Tokio, ceny wylatują w okolice stratosfery. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie Chau Chau (tak, dobrze kombinujecie, nazwa pochodzi od rasy psa, sporo zdjęć „ojca założyciela” wisiało zresztą w korytarzu), który prowadzi bardzo miła i pomocna japońska rodzina. Wersal to z pewnością nie był, ale było bardzo przyjemnie, w środku wystrój trochę przypominał górską chatę, a domowe śniadanie, które było wliczone w cenę noclegu, było naprawdę niezłe. Hotel oferował też zniżki na ski passy.

chau chau
Nasz „psiejski” pensjonat ;)

Jedyne do czego w Hakubie można się przyczepić, to niemal zupełny brak rozrywek – wieczorem cała wioska po prostu zamiera. Nie ma żadnych ognisk, imprez, po 21:00 trudno znaleźć jakąś otwartą restaurację, o barze nie wspominając. Wynika to głównie z tego, że Japończycy wykupują hotele z pełnym wyżywieniem i wieczory spędzają po prostu w swoich hotelach. My którejś nocy trafiliśmy zupełnie przypadkiem do baru prowadzonego przez strasze małżeństwo Australijczyków, którzy przez pół godziny tłumaczyli nam, że kuchnia w barze jest zamknięta i dla czwórki gości nie będą jej otwierać (w barze oprócz nas nie było nikogo), ale gdy w końcu pozwolili nam coś powiedzieć i usłyszeli, że jesteśmy z Polski zareagowali nad wyraz entuzjastycznie i kuchnię jednak otworzyli. Bike Bar, bo tak nazywa się to miejsce, to jedyny (!!!) bar w Hakubie i podobno w szczycie sezonu przychodzą tam nawet jacyś goście. Nam się naprawdę podobało, właściciele byli bardzo mili, więc jeśli kiedyś będziecie mieli okazję, zajrzyjcie tam koniecznie.

W Hakubie mieszka bardzo dużo cudzoziemców, spotykaliśmy ich na każdym kroku – prowadzą ten jedyny wspomniany wyżej bar, pracują w restauracjach, w budce z lodami, w hotelach, w szkółkach narciarskich. Z kiloma rozmawialiśmy i wszyscy oni mówili, że Hakuba to pozbawione życia i rozrywek miejsce (poza sportami zimowymi oczywiście), ale mimo tego bardzo je lubią i nie zamieniliby go na żadne inne. Tak całkiem szczerze, to tego życia i rozrywek trochę nam brakowało – wieczorem zupełny brak ludzi na ulicach był lekko przygnębiający. Poza tym wszystko na duży plus!

hakuba
„Żółty domek” – w środku restauracja z ramenem. Ramen niestety nie był zbyt dobry, ale kosztował jakby był.

Informacje praktyczne:

  • Sezon trwa od początku grudnia do końca kwietnia
  • Z Tokio do Hakuby można dojechać pociągiem przez Matsumoto (opcja dla posiadaczy karnetu JR Pass) lub autobusem ze stacji Shinjuku (Highway-Buses). W obu przypadkach podróż trwa około 4h 30 min.
  • Jeśli jesteśmy posiadaczami międzynarodowego prawa jazdy wydanego w ramach konwencji genewskiej, możemy w Japonii wypożyczyć samochód. UWAGA: Międzynarodowe prawo jazdy wydawane w Polsce, jest wydawane na podstawie konwencji wiedeńskiej i nie jest honorowane w Japonii. Japończycy bardzo dokładnie sprawdzają dokumenty przy wypożyczaniu samochodu i jeśli nasz dokument nie jest tym właściwym, nie będziemy mogli wypożyczyć samochodu ani „jakoś dogadać się” na miejscu.
  • Ski pass kosztuje około 5000 jenów za dzień i 4000 jenów za pół dnia.
  • Na terenie ośrodków oraz w samej wiosce znajdują się onseny, czyli gorące źródła. Onseny dla kobiet i mężczyzn są osobne, nie można wchodzić z strojach kąpielowych ani z tatuażami. Przed wejściem do onsenu należy dokładnie się umyć.

Okoliczne atrakcje:

NSC_8553_1

Zamek w Matsumoto

NSC_9260_1

Małpi Park „Jigokoudani”

NSC_8796_1

Świątynia Zenkoji w Nagano

Kuchnia Prefektury Nagano:

Nagano słynie z makaronu gryczanego soba, pierożków oyaki, ciasta ryżowego mochi  oraz, co było dla nas niemałym zaskoczeniem z wolno gotowanych insektów z dodatkiem sosu sojowego, cukru i sake. Insekty były bardzo cennym źrodłem białka dla mieszkańców górskich wiosek, zwłaszcza tych leżących z dala od głównych szlaków komunikacyjnych. Obecnie uważane są za przysmak, podejrzewane o udział w długowieczności Japończyków i dostępne w sklepach z pamiątkami w całej prefekturze Nagano. My się nie skusiliśmy.

insekty
Musiałabym się zdecydowanie mocniej walnąć w głowę na stoku, żeby się skusić. NIE NIE NIE! Fot. źródło

The post Hakuba i Alpy Japońskie appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/hakuba-i-alpy-japonskie/feed/ 14
Onigiri – ryżowa kanapka http://tokyopongi.com/onigiri-ryzowa-kanapka/ http://tokyopongi.com/onigiri-ryzowa-kanapka/#comments Sun, 07 Feb 2016 14:26:02 +0000 http://tokyopongi.com/?p=5364 Onigiri, czyli ryżowy trójkąt z farszem, zawinięty w nori, czyli suche wodorosty, to jedna z najpopularniejszych przekąsek w Japonii. Znane od co najmniej XI wieku, dziś produkowane na masową skalę i dostępne na każdym kroku niewielkie „kanapki” (to nie są oczywiście kanapki, ale tak je dla uproszczenia nazywam) dostępne w kilku wariantach, między innymi z […]

The post Onigiri – ryżowa kanapka appeared first on TokyoPongi.

]]>
Onigiri, czyli ryżowy trójkąt z farszem, zawinięty w nori, czyli suche wodorosty, to jedna z najpopularniejszych przekąsek w Japonii. Znane od co najmniej XI wieku, dziś produkowane na masową skalę i dostępne na każdym kroku niewielkie „kanapki” (to nie są oczywiście kanapki, ale tak je dla uproszczenia nazywam) dostępne w kilku wariantach, między innymi z rybą, krewetkami, ikrą czy marynowaną śliwką, są pyszne, niedrogie i bardzo wygodne do zabrania w podróż czy na lunch do pracy.

Tradycyjnie onigiri zawija się ręcznie, ale onigiri dostępne w sklepach jest oczywiście produkowane masowo. Aby nori, które dość szybko łapie wilgoć, przez co robi się nieprzyjemnie żujące, pozostawało suche, onigiri pakuje się w taki sposób, aby ryż i wodorosty w ogóle się nie dotykały. Otwieranie onigiri ludziom z odrobiną wyobraźni nie powinno sprawić żadnych trudności, ale ponieważ ja chyba nie zaliczam się do tej grupy, musiałam w swoim czasie pobrać korepetycje u koleżanki. Poniżej obrazkowa instrukcja co i jak, aby szybko i bez brudzenia sobie rąk dobrać się do onigiri:

onigiri
Punkt 1. Ciągniemy pasek z napisem „1”.
onigiri
Punkt 2. Kontynuujemy to co zaczęliśmy w punkcie pierwszym :)
onigiri
Punkt 3. Widzicie tę małą czerwoną dwójkę ze strzałką? Przez rok nie zorientowałam się o co chodzi. A chodzi o to, żeby pociągnąć. (Proszę mi nie pisać w komentarzach, że instrukcja jest na opakowaniu. Po szkodzie to każdy mądry :) )
onigiri
Punkt 4. A tę małą czerwoną 3 widzicie? Tak, za nią też trzeba pociągnąć.
onigiri
Punkt 5. Gratulujemy! Rozebraliście onigiri. Smacznego :)

Czego możecie spodziewać się w środku? Jak już wspomniałam głównie surowej ryby, ale grillowany łosoś czy tuńczyk z puszki z majonezem jest równie popularny, podobnie jak wkład z ikry, marynowanej śliwki czy imbiru. Niektóre trójkąty są bez farszu, poznać je można po tym, że do ryżu dodano czegoś kolorowego (sezamu na przykład). Jest to bezpieczna opcja dla wegetarian lub tych, którzy nie czytają japońskich znaków i boją się trafić na coś, czego nie lubią.

Mimo, że onigiri to niewielka przekąska, w Tokio jest wiele tradycyjnych restauracji, które specjalizują się właśnie w ryżowych trójkątach. Jest to też tak wygodne i proste w przygotowaniu danie, że może warto pokusić się o samodzielne przygotowanie onigiri w domu? Zachęcamy do zapoznania się z ofertą spotkań i warsztatów kulinarnych w ramach festiwalu Azja Restaurant Week(end), który właśnie odbywa się w Warszawie i o którym pisaliśmy już wcześniej. Dzięki nim z pewnością nie będziecie musieli poświęcić całego roku na odkrywanie najskuteczniejszej metody na rozpakowanie onigiri :).

The post Onigiri – ryżowa kanapka appeared first on TokyoPongi.

]]>
http://tokyopongi.com/onigiri-ryzowa-kanapka/feed/ 20