singapur

Czy Singapur to jeszcze Azja?

Ok, to może trochę kontrowersyjne pytanie, ale wbrew pozorom wcale nie jest takie głupie.  Moim zdaniem Singapur w ogóle, ani nawet odrobinę nie przypomina kraju azjatyckiego. Możemy tu teraz oczywiście dyskutować, które kraje są typowo azjatyckie i czy np. Turcja albo Rosja wykazują cechy takich krajów, ale żeby nie było żadnych niejasności, pytając czy Singapur to jeszcze Azja, miałam na myśli oczywiście Azję dalekowschodnią, szeroko pojęty Orient i Singapur moim zdaniem nijak do tego Orientu nie pasuje.

Po pierwsze dlatego, że językiem urzędowym i tym najczęściej słyszanym na ulicy jest język angielski, co prawda w swojej mocno „schińszczonej” wersji, ale jednak. Po drugie dlatego, że Singapur jest takim tyglem kulturowym, w którym każdy człowiek, nieważne skąd i jakiego koloru, czuje się jak u siebie i nie ma wrażenia, że nie pasuje. Jest to oczywiście spuścizna po brytyjskiej kolonii, Singapur należy dziś do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth) a jego związki z Wielką Brytanią są bardzo silne. Niemniej jednak, nie ma tam tego uczucia „niepasowania”, które to jest dość powszechne i dobrze znane wszystkim gaijinom w Japonii, gdzie każdy nie-Japończyk odstaje swoim wyglądem i zachowaniem, a gdy dodamy do tego brak znajomości japońskiego, to dojdzie nam cała masa praktycznych problemów pod tytułem: jak wynająć mieszkanie, zrobić zakupy, dojechać do jakiejś stacji, zapytać o drogę, itd. Obcy w Japonii jest jak człowiek na jakiejś obcej, zamieszkanej planecie. I naprawdę nie ma w tym żadnej przesady, rozumie to każdy, kto miał okazję tu być, zwłaszcza w małych miejscowościach, gdzieś bardzo daleko od stolicy.

Wracając do Singapuru, podczas naszego pobytu w tym mieście, ani na chwilę nie opuszczało nas wrażenie, że jesteśmy na wakacjach w jakimś egzotycznym resorcie, z przewagą chińskich turystów. Na ulicach Singapuru przeważają Chińczycy (a dokładniej Singapurczycy chińskiego pochodzenia), ale bez problemu spotyka się Hindusów, Malezyjczyków, jest mnóstwo anglojęzycznych białych (wg standardów politycznej poprawności powinnam raczej napisać „przedstawicieli zachodnich cywilizacji” :) ) i większość z nich nie sprawiała wrażenia, że była tam na wakacjach. Singapur jest też miastem-państwem bardzo wysoko rozwiniętym, z imponującą architekturą, bardzo zadbanym i niewiarygodnie czystym (kary za śmiecenie to 1000 dolarów, lub ewentualnie publiczna chłosta). Myślę, że miejska, futurystyczna architektura z nielicznymi tylko akcentami azjatyckimi, plus singapurska multikulturowość sprawiają, że można spokojnie zapomnieć, że jest się w Azji i wyobrazić sobie, że tak przecież może wyglądać Australia, lub Stany, lub nawet Londyn, gdyby leżał w strefie równikowej.

Dość dużym zaskoczeniem okazały się dla nas produkty dostępne w sklepach. Owszem, wiedzieliśmy, że Singapur to głównie banki i usługi finansowe z niemal zerową produkcją własną, ale i tak to co zobaczyłam w sklepach przeszło moje naśmielsze oczekiwania. Kochani, oni tam w sklepach mają EUROPĘ! Znalazłam nawet produkty z polskimi napisami! Kosmetyki, farby do włosów, pasty do zębów, to było wszystko z importu i niemal wszystkie marki były mi bardzo dobrze znane. Czułam się jakbym była w Rossmanie w Polsce :)! Relatywnie mało jest azjatyckich marek, trochę kosmetyków z Japonii, większość jednak dość mocno europejska. Wracałam z walizką wypchaną po brzegi farbami do włosów (japońskie farby są zbyt mocne dla europejskich, cienkich włosów), szamponami, odżywkami, itd. Owszem, japońskie sklepy są również wypchane kosmetykami, ale tymi japońskimi, w których ja kompletnie się nie orientuję. Poza tym ceny kosmetyków w Singapurze są niższe niż w Japonii, a niektóre kosmetyki kosztują dosłownie tyle co w Polsce, co też nie jest bez znaczenia. Inna rzecz, to ciuchy w europejskich rozmiarach. W Japonii dość trudno znaleźć rzeczy w europejskich rozmiarach (nasze 38 to tutaj już duży rozmiar i nie zawsze jest dostępny), oczywiście poza wielkimi sieciówkami.

Zakupy w Singapurze to rozrywka nr 1, miasto to ma zresztą reputację zakupowej mekki Azji, problem jednak w tym, że poza sklepami i restauracjami ma niewiele więcej do zaoferowania. Kulturalnych rozrywek jest jak na lekarstwo, to niezłe miejsce na weekendowy wypad, ale jeśli ktoś spodziewa się niezliczonych miejsc do zwiedzania, poznania bliżej Azji, to Singapur nie będzie dobrym miejscem. W przewodnikach turystycznych i na różnych stronach internetowych poświęconych Singapurowi można przeczytać, że to świetne miejsce, od którego warto zacząć zwiedzanie Azji, że to taka Azja dla początkujących. Być może. Moim zdaniem komuś kto mieszkał na zachodzie Europy lub chociaż zwiedzał tamtejsze metropolie, Singapur wyda się bardzo mało azjatycki. Jasne, że znajdziemy w Singapurze chińskie, hinduskie czy arabskie dzielnice, ale wierzcie mi, dość podobnie wyglądają one w holenderskich czy niemieckich miastach. Nierzadko są też znacznie większe. Niemałym rozczarowaniem była dzielnica arabska, z co prawda przepięknym meczetem (takich w Europie faktycznie jest mało) i bodajże jedną krótką uliczką zakupową. No kochani, holenderska Haga może się poszczycić bardziej imponującą dzielnicą arabską!

Kolejną rzeczą, którą warto opisać jest singapurskie metro. Jest to największe w pełni zautomatyzowane metro na świecie. Mały problem z metrem polega jednak na tym, że na stacji jest mało automatów do sprzedaży biletów i są one okropnie, niewiarygodnie wprost powolne (gdyby w Japonii maszyna wypluwała bilet przez 4 minuty, to myślę, że nawet Japończycy mogliby dokonać czegoś tak dla nich niewyobrażalnego, jak rewolucja). Samo metro też do najszybszych nie należy, bardzo długie postoje na stacjach, bardzo powolne zamykanie drzwi, itd. System przejść i wyjść ze stacji jest dość dobrze przemyślany, nierzadko lepiej niż w Japonii, gdzie zdarza się, że na przesiadkę wędruje się 600 m pod ziemią. W przeciwieństwie do japońskiego metra, w Singapurze w każdym przedziale wiszą informacje co wolno, a czego nie wolno ( a wielu rzeczy nie wolno) pod karą kilku tysięcy dolarów. Nie wolno oczywiście śmiecić, jeść ani pić w metrze, gumy do żucia są zupełnie nielegalne, nie można ich kupić, nielegalne jest ich wwożenie do Singapuru. Ciekawostką jest fakt, że gumy są nielegalne właśnie dlatego, że Singapurczycy dla żartu zaklejali gumami czujniki w drzwiach metra i rząd chcąc z tym walczyć, zdelegalizował gumy do żucia. Innym zaskoczeniem dotyczącym metra jest siatka połączeń. Nasze oczy dosłownie odpoczywały, linie metra nie są geste, a poruszania się metrem można nauczyć się dosłownie w dwa dni, odległości między stacjami są bardzo małe. Była to miła odmiana po oczopląsie doznanym przy próbie rozczytania tokijkiej siatki połączeń, czyli około 150 linii. Tam gdzie nie dojeżdża metro, dojeżdżają taksówki. Baaaardzo tanie, zwłaszcza gdy się porówna z taksówkami w Japonii (japońskich taksówek nie polecamy nikomu, kto naprawdę nie musi z nich korzystać, ceny potrafią zwalić z nóg! Polskie lotniskowe taksówki się chowają!) Niemałym szokiem okazał się hałas w metrze (w Japonii nie rozmawia się w pociągach), muzyka z telefonów (muszę pisać, że w Japonii nie słucha się głośno muzyki w telefonie?) i różnorodny, bardzo kolorowy tłum. Dla porównania – Japończycy w pociągach wyglądają jak armia, mężczyźni w nienagannych garniturach, uczniowie w mundurkach, a kobiety zazwyczaj wyglądają jakby wyszły z jednego sklepu. W Singapurze tłum jest nieporównywalnie mniejszy, w Tokio we wtorek o północy na jakieś mniejszej stacji będzie więcej osób niż w godzinach szczytu na głównej przesiadkowej stacji w Singapurze. Pamiętajmy jednak, że Singapur jest nieporównywalnie mniejszy.

Ostatnia uwaga dotyczy zieleni, Singapur jest miastem z największą ilością zieleni na świecie. Dosłownie wygląda jak miasto w dżungli. Ma mnóstwo parków, ale ze względu na gorący, wilgotny klimat większość ludzi przebywa w klimatyzowanych pomieszczeniach. Na upartego, nie ma potrzeby wychodzenia na zewnątrz, miasto jest połączone gęstą siatką podziemnych lub naziemnych przejść. Nasze ogólne wrażenia z Singapuru są bardzo pozytywne, na tyle, że przez cały nasz pobyt dyskutowaliśmy nad przeprowadzką do Singapuru po kontrakcie w Japonii. Co prawda kwestia imigracji w Singapurze została dość mocno upolityczniona, wprowadzane są pewne ograniczenia dla imigrantów, np. pierwszeństwo zatrudnienia dla Singapurczyków, ograniczenia w pakietach dla ekspatów, wydłużenie z jednego roku do pięciu lat okresu, po którym zostaje się stałym rezydentem, itd. Mimo to, bezrobocie w Singapurze wynosi ok. 4%, a więc imigranci sa potrzebni i miejsca pracy i tak dla nich będą. Mimo ograniczeń, które swoją drogą w porównaniu z ograniczeniami w Japonii brzmią wręcz jak zachęta, chętni do wyjazdu do Singapuru i tak się znajdą. My raczej pozostaniemy wierni Japonii :)

Rozpisałam się o ogólnych wrażeniach, tak że nie zostało za wiele miejsca na opis naszych singapurskich „przygód”, a więc kochani, ciąg dalszy nastąpi :)

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

Napisz komentarz

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close