życie w Japonii

ルール, czyli jak żyć w Japonii i nie zwariować od nadmiaru zasad

Część z was pewnie sobie pomyśli, że to będzie wpis jakiejś frustratki. Cóź, są duże szanse, że ta część z was będzie miała rację. Większość z was pewnie sobie wyobraża, że Japonia to kraj, który jedną nogą stoi już w XXII wieku, ale jednocześnie jest bardzo dumny ze swojego dorobku kulturowego, że postęp technologiczny w bardzo elegancki sposób łączy się tutaj z tradycją. Wszyscy mamy obrazki w głowach – pasażerowie w kimonach w shinkansenie, stary drewniany zamek któregoś z szogunów skąpany w wiśniach, a obok Japończycy z supernowoczesnym sprzętem fotograficznym, drewniane domy, przy wieżowcach ze stali i szkła, i tak dalej, i tak dalej, znamy to, prawda?

To prawda, że Japończycy są bardzo przywiązani do swoich tradycji i do pewnego sposobu myślenia, który zasadniczo nie zmienił się od średniowiecza (przesada jest zamierzona). Innymi słowy, mamy tu galopujący postęp technologiczny, za którym w żaden sposób nie nadąża mentalność. Cóż z tego, że sklepy mają strony internetowe, skoro zakupy zamawia się wypełniając papierowy formularz, cóż z tego, że mam bankowość internetową, skoro zrobienie przelewu zagranicznego, wymaga wypełnienia papierowego formularza. Być może są tu jakieś banki, w których da się taką operację przeprowadzić bez potrzeby wycinania połowy lasu i przerabiania go na papier, ale w żadnym z trzech banków, w któych mamy konta, niestety się nie da. Ba! Myślisz, że możesz tu założyć konto przez internet, albo wejść do któregokolwiek oddziału banku? Błąd. Nie możesz. Masz iść do oddziału właściwego dla miejsca zamieszkania. A o bankowości mobilnej w ogóle zapomnij.

Takich drobnych uciążliwości jest tutaj mnóstwo, wszystkie wpadają w kategorię ルール (czytaj „ruru”), co oznacza zasady, reguły. Część z nich, dla nas Europejczyków jest naprawdę absurdalna i nie raz trzeba ze sobą walczyć, żeby nie wybuchnąć śmiechem, gdy Japończyk z poważną miną tłumaczy, że on musi ci przynieść katalog produktów spożywczych, gdy będziesz na wakacjach, choć wyraźnie prosisz, żeby ci go przez tydzień nie przynosił. Dlaczego musi przynieść? Bo tak. Alternatywna wersja wyrażenia „bo tak”, brzmi „bo nie”. Zależnie od pytania i kontekstu oczywiście.

jak żyć w japonii

Wszystkie zasady regulujące życie społeczne, które sprawiają, że Japonia jest czysta, zorganizowana i bezpieczna, co tak bardzo zachwyca turystów, którzy przyjeżdżają tu na 2-3 tygodnie, sprawiają, że życie codzienne w Japonii bywa tak uciążliwe, że czasem ręka sama wędruje w okolice czoła, żeby w rezygnacji i bezbrzeżnym zdumieniu, przybić ci facepalma.

Bo kolega jest z zagranicy. Prawda, że to problem?           

W 2013 roku kupujemy telefon i abonament. Telefon z abonamentem jest dostępny tylko dla rezydentów, których wiza jest ważna co najmniej 90 dni. Idziemy do sklepu z japońskim znajomym, który ma nam pomóc z umową itd. Ja jeszcze czekam na swoją wizę, a wiza męża jest ważna jeszcze przez 89 dni, ale w paszporcie już jest pieczątka, że wystąpiono o nową wizę. Mamy ze sobą umowę najmu mieszkania, umowę o pracę, mnóstwo papierów, bo nie wiadomo co będzie potrzebne. A nasz japoński znajomy, już na wejściu informuje sprzedawcę, że „jest problem”, bo „jego cudzoziemski kolega, chce kupić telefon, ale jego wiza jest ważna tylko 89 dni, prawda, że to problem i że tak się nie da?”. Na co sprzedawca zamyślił się chwilę, podrapał w głowę i odpowiedział, że prawda, że problem i że się nie da.

Nie da się. Bo nie

Dostałam pracę, a do umowy zażyczono sobie numer mojego osobistego konta w banku. Pracowałam już wcześniej w Japonii robiąc różne zlecenia i za każdym razem podawałam konto męża i nie było problemów. Ale tu problem zaistniał, konto w banku ma być i ma być moje własne. W oddziale banku w Ikebukuro (dzielnica Tokio, w której NIE mieszkam) powiedziano mi, że będę potrzebować hanko, czyli pieczątki z nazwiskiem (Japończycy nie używają podpisów, tylko właśnie pieczątki). Ponieważ noszę niejapońskie nazwisko, pieczątkę muszę robić na zamówienie, ale udało się uprosić kobietę w TokyuHands, aby zrobiła hanko w mniej niż 2 godziny. Po powrocie do banku, okazało się, że miła kobieta, z którą rozmawiałam wcześniej, poszła już do domu, a ta która ją zastąpiła na warcie, zawiesiła się na zdaniu „Gdzie mieszkasz? Tu się nie da”. „Ale dlaczego?” „Tu się nie da”. „Ale dwie godziny temu powiedziano mi, że się da.” „Tu się nie da”. Inna pracownica, widząc „incydent”, przyniosła usłużnie mapę Tokio: „Gdzie mieszkasz? Musisz iść do oddziału banku, w miejscu, w którym mieszkasz”, „W miejscu, w którym mieszkam, nie ma oddziału waszego banku”. „Ale gdzie mieszkasz?”. I tak to sobie chwilę radośnie trwało… A tuż po tym rozwijającym ćwiczeniu cierpliwości i filozofii zen, oraz prób powściągnięcia agresji, pojechałam do domu z nową, śliczną pieczątką, ale za to bez konta w banku. Opór komunikacyjny pracowników banku był niestety nie do złamania.

Taaak, mamy internet. Wczoraj przywieźli

W Japonii przywiązanie do papieru i formularzy jest bardzo silne. Mieszkając w Holandii rzadko kiedy miałam przy sobie gotówkę, bo po prostu nie była mi potrzebna – wszędzie i zawsze mogłam płacić kartą. W Japonii jest wiele miejsc, w których niestety nie zapłacisz kartą. W wielu bankomatach nie wypłacisz pieniędzy w weekend po godzinie 23:00. Założenie konta w banku przez internet jest niemożliwe. Zakupy spożywcze, które zamawiam z dostawą do domu, zamawiam w papierowej gazecie, którą w każdy piątek odbiera pracownik sklepu. I pomyśleć, że w niedalekiej Korei ludzie robią zakupy wirtualnie na stacjach metra, a godzinę później zakupy czekają na nich pod drzwiami mieszkania. W Holandii niemal wszystkie moje pisma urzędowe (oprócz tych ze skarbówki) przychodziły na specjalną skrzynkę mailową, do której logowałam się przy użyciu elektronicznego podpisu. W Japonii natomiast otrzymałam niedawno pismo (zwykłe, papierowe, przyszło pocztą) ze swojego funduszu emerytalnego, że mam w załączonym formularzu podać mój… adres zamieszkania. I odesłać do nich, żeby mogli wpisać sobie w system.

Wirtualny supermarket
Wirtualny supermarket w Korei. Źródło.

Zamknęliśmy Panu konto służbowe. I co nam Pan zrobi?

Jeśli pracujesz w firmie, to masz firmowe konto mailowe. Jeśli pracujesz na uniwersytecie, to masz uniwersyteckie konto mailowe. I masz je tak długo, jak trwa twoja umowa, prawda? A gdyby z jakiegoś powodu, twój pracodawca chciał cię tego konta pozbawić, to dałby ci odpowiednio wcześniej znać? W Japonii by nie dał. Zamknąłby ci konto rok przed końcem umowy, bo ma taką możliwość. A gdy zadzwonisz dowiedzieć się o co chodzi i co można z tym zrobić, to się dowiesz, że konto już usunęli i nic się z tym nie da zrobić. Możesz wystąpić o nowe. Ale wcześniej musisz podać oficjalny powód, dlaczego to konto jest ci w ogóle potrzebne. Jeśli uważacie, że to niemożliwe i zmyślam, zapytajcie mojego męża jak to z tym kontem było. Ale ostrzegam, to świeża sprawa i bez kija radzę nie podchodzić 😉

Na obozie harcerskim dla dorosłych           

Byliście w harcerstwie? Ja byłam, każde lato w liceum spędzałam na obozach harcerskich, na których każdy dzień zaczynał się apelem, śpiewaniem hymnu i czytaniem rozkazu. Było pięknie i wspominam te lata z pewnym rozrzewnieniem, ale w żadnym wypadku nie wybrałabym się dziś, już jako dorosła osoba, na taki obóz. Oh wait… Na osiedlu, na którym mieszkamy panują dość rygorystyczne zasady, dotyczące tego co dozwolone, a co nie. O wszystkich zostaliśmy poinformowani w dniu odebrania kluczy, ale jakbyśmy o czymś zapomnieli, to ogłoszenia w windzie oraz cotygodniowe maile, odświeżają nam pamięć. Na przykład z takich ogłoszeń w windzie można się dowiedzieć, że osiedlowe dzieci (nazwane w ogłoszeniu „wandalami”) pomazały kredą ściany w garażu, a innym razem te same dzieci (tym razem nazwane w ogłoszeniu „złodziejami”) wyjęły ze śmietnika(!) pobliskiego sklepu jakieś stare lampy. Grożono przejrzeniem monitoringu i wezwaniem policji.

Dodatkowo dba się tu o również o rozrywki i życie towarzyskie. Na naszym osiedlu regularnie odbywają się jakieś „wydarzenia”, w których udział teorytycznie nie jest obowiązkowy, ale w zaproszeniach można wyczytać, że tylko ci, którzy się angażują w życie społeczne osiedla, mogą liczyć na przedłużenie umowy najmu. Gdyby ta subtelna agresja nie wystarczyła i nie napędziła wystarczająco dużo chętnych, to z głośników zainstalowanych w suficie każdego mieszkania, w sobotę od rana rozlegają się komunikaty, że na dziedzińcu przed blokiem trwa właśnie taka fajna impreza i należy przyjść. Którejś takiej pięknej soboty nie daliśmy już rady i przeszliśmy do działań opozycyjnych, czyli rozkręciliśmy głośnik i rozłączyliśmy w nim kilka kabelków. Możesz wyjechać z Polski, ale Polska nie wyjedzie z ciebie nigdy <3

Z ostatniej chwili:

– Czy mogę prosić majonez do frytek?
– Przykro mi. Nie mamy majonezu.
– Ale przecież używacie do burgerów, więc chyba macie… – zaczynam nieśmiało
– Przykro mi. Nie mamy majonezu.

Przykładów jest więcej, a każdy dzień przynosi nowe. I zupełnie na poważnie rozważam cykl blogowy „absurdy japońskie”. :)

Maika

Maika

Głównodowodząca na tym blogu. Na emigracji od 15 lat, z czego 11 spędziła w Holandii. Uwielbia porządek, podróże, poznawanie nowych kultur i ludzi. Fanka wordpressa. Z wykształcenia specjalistka zarządzania innowacjami, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Zawodowo zajmowała się m.in. tworzeniem oraz pozycjonowaniem stron internetowych. Aktualnie uczy się japońskiego, a w wolnym czasie robi zdjęcia, pisze, oraz snuje ambitne plany zostania milionerką. :)

30 myśli na temat “ルール, czyli jak żyć w Japonii i nie zwariować od nadmiaru zasad

  1. W McDonald’s w Polsce wymyślili śniadania (których nikt nie lubi) i o 6 rana można zamówić (jedynie) śniadanie. Mimo że to McDonald’s nie można zamówić o 6 rano hamburgera (bo po to chodzi się do McDonald’s) a jedynie kanapkę z jajecznicą i bekonem (której nikt nie lubi). Mimo, że i ja i pracownik tej jadłodajni (bo nie chcę użyć słowa restauracja) doskonale wiemy, że oni mają te hamburgery gdzieś za ladą.
    Ale nie sprzedadzą Ci ich, bo nie.

        1. O, i już nie trzeba jechać do Japonii 😀 A tak poważnie to jestem zaskoczona, że ten pomysł przyjął się w Polsce. Ciekawe czy „love hotele” też się przyjmą 😉

    1. Tu się Pan myli.
      W zeszłym roku dorabiałem w wakacje w w tej jadłodajni, i mogę potwierdzić że nie ma fizycznej możliwości wykonania jakiejkolwiek kanapki z oferty klasycznej na śniadaniach, ponieważ iż, grile pracuja w innych trybach, przyrzadza się na nich inne rzeczy, a produkty z oferty klasycznej sa na magazynie a nie na kuchni i nie da sie wykonac nawet zwyklego hamburgera, bo jest to najzwyczajniej nie możliwe.

  2. Telefon, konto w banku, internet… znam to wszystko z autopsji :/
    Z takich ciekawostek, którę mogę dodać od siebie:
    – kupując telefon w docomo (zaopatrzony w segregator pełen dokumentów ;)) czytam ulotkę na której jest napisane, że telefon który chcę kupić ma LTE działający z szybkością 150Mbps ale tylko w trzech największych miastach japonii, więc pytam a jaka jest szybkość w tym mieście? „przepraszam, nie wiem. nikt o to nie pytał jeszcze”
    – zakładając konto w banku chciałem od razu założyć dostęp przez internet (tak, tak.. to oddzielna procedura, oddzielny zestaw papierków). Dostałem do wypełnienia formularz (książeczkę) gdzie, na cienkim jak bibuła papierze, jedną z informacji jaką miałem podać, to wybrane hasło do mojego internetowego dostępu! Żeby zabezpieczyć je przed niepowołanym odczytaniem, był tam taki specjalny papierek do naklejenia na to hasło.. Jak wspomniałem, papier był cienki jak bibuła, więc wpisane hasło było doskonale widoczne po naklejeniu tego papierka.. wystarczyło odwrócić stronę.
    – Dodatkowo zakładając konto, ma się tylko możliwość wypłacania pieniędzy w banku lub bankomacie. Nie można zrobić żadnego przelewu! Żadnego przelewu krajowego, bo o zagranicznych to w ogóle można zapomnieć. Nie ma tu żadnego znaczenia, że posiada się środki na zrobienie tego przelewu. Dostęp do nowych „funkcjonalności” konta można odblokować po kilku miesiącach.. oczywiście nie dzieje się to automatycznie! Trzeba ponownie udać się do banku, wypełnić parę formularzy, przynieść stos dokumentów.
    – na koniec jeszcze jedna sprawa: Polska ma podpisaną z Japonią umowę dotyczącą honorowania praw jazdy. Znaczy to tyle, że Japończycy przyjeżdżając do Polski mogą wyrobić sobie polskie prawo jazdy na podstawie ich japońskiego dokumentu i odwrotnie.. Pomijając polski urzędowy beton udało się to zrobić w stosunku do japońskiego prawa jazdy, ale niestety Japonia nie uznaje naszych praw jazdy i wymaga zdawania uproszczonego egzaminu (teoria + praktyka). Niemcy, Francuzi, Szwajcarzy i jeszcze wiele innych nacji, mogą wymienić swoje prawa jazdy bez zbędnych formalności. W stosunku do Polski, Japończycy zasłaniają się statystykami o ilości wypadków w Polsce.. :/
    Szczęśliwie, są to rzeczy, które załatwia się raz, ew. raz na jakiś długi czas, więc nie są tak męczące.

    1. Uuuu, Panie :) Wiem, o czym piszesz. Gdy mieszkałem w Higashi-Hiroshimie, co kilka tygodni odwiedzałem stronę dostawcy bezprzewodowego internetu (WIMAX i LTE), na której była interaktywna mapa okolicy. Obiecywali, że pokryją moją dzielnicę w marcu, potem, że w lipcu, skończyło się długim opóźnieniem. Przed budynkiem szybkość dochodziła do 8MBps, co byłoby znośne, w mieszkaniu jednak nie przekraczała 1MBps, i to tylko wtedy, jeśli wyszedłem na balkon z routerem i wychyliłem się co najmniej metr.
      W kwestii banku – w ostatnim, w którym miałem przyjemność zakładać konto, a było to w 2013 roku, zaiste naklejka na hasło była czarna jak piekło (wiedz, ze coś się dzieje :) ale faktycznie, papier z drugiej strony prześwitywał.
      O, przelewy mnie zaskoczyły, w baaaaardzo lokalnym banku, w którym miałem pierwsze konto, przelewy można było robić od razu, ale z kolei nie było najmniejszych szans na kartę kredytową. Tutaj zrobię przerwę na wypicie uspokajającej melisy, gdyż przypomina mi się historia (żartuję, nigdy tego nie zapomniałem) z przenoszeniem europejskiej karty powiązanej z linią lotniczą do Japonii. Wydaje te karty dla pewnego niemieckiego przewoźnika tylko jeden bank w Japonii. Zły bank. Bardzo zły bank… I ma takie czerwone logo. Nie, nie będę o tym pisał teraz, gdyż wciąż nie znalazłem wystarczająco plugawych słów w słowniku cywilizowanego człowieka, aby opisać mój afekt do rzeczonej grupy finansowej…
      A historia z wymianą naszych holenderskich praw jazdy na japońskie (czytaj: w teorii prawie automatyczna) dopiero się zaczyna, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi, że łatwo to raczej już było :)

      1. Oj tak! WiMAX też przeżyłem… straszne. W rogu jednego okna miałem trzy kreski z pięciu… speed taki, że chyba szybciej bym na dyskietkach przekopiował… ale tu u mnie to wieś.. znaczy przedmieścia Hiroszimy (Kabe), więc czego wymagać.
        Teraz Hikari śmiga po światłowodzie aż miło :)

    2. Mieszkam w Utsunomiya … Ta wymiana prawo jazdy też jest dokonywana w miejscu właściwym ze względu na adres, dla Utsunomiya, jest to mniejsza miejscowość Kanuma… Jako doświadczony kierowca z prawo jazdy w Polsce od 1997 zdawałam 9 razy… Wiele osób mi mówiło że w ośrodku egzaminacyjnym Kanuma po prostu tak jest, po 10 razie możesz liczyć/ marzyć, że zdasz… W końcu nie wytrzymałam, przeprowadziłam się na papierze do siostry męża w Tokyo i zdałam ten egzamin w Tokyo za pierwszym razem?!?! Co do egzaminu to był mniej więcej taki sam i jechałam mniej więcej tak samo.
      Bankowość interentową, jest w Tochigi Bank, niestety tylko po japońsku. Zakładałam od razu razem z kontem. Dzisiaj zrobiłam pierwszy przelew krajowy… Zobaczymy czy dojdzie. Dostałam niepokojący e-mail że mam potwierdzić swoją dyspozycje i podane nr telefonów i adres placówki banku.

      1. hehe.. no to nieźle 😉 A którą wersję robiłaś (automat czy manual)? ja podchodzę do manuala.
        mam za sobą pierwsze (na razie) podejście. Teorię przeszedłem, a do „poprawki” mam jazdę. Też miałaś taką fajną mapkę z planem przejazdu? hehe.. mi cały misterny plan przejazdu wyparował z głowy na pierwszym zakręcie. Jeździły ze mną dwie chinki.. masakra! szybkość przejazdu: 5km/h, jazda pod prąd, ścinanie narożników etc. (shock!).
        Na teście pisemnym rozwaliły mnie pytania w stylu: „czy to prawda, że japońskie samochody są produkowane z dużą dbałością i nie wymagają utrzymania/serwisowania” albo „czy w trakcie dużych trzęsień ziemi należy wysiąść z samochodu, wyłączyć silnik, ale nie zamykać samochodu na klucz”.. Na pierwsze pytanie chciałem napisać coś od siebie, że wg mnie japońskie samochody są najlepsze, że się nie psują i w ogóle och i ach.. ale mogłem odpowiedzieć tylko TAK/NIE 😉
        Bardzo podoba mi się tu to, że za zakupy z Amazona (nie wszystko) można zapłacić w bankomacie albo combini. Szkoda tyko, że płatności kartą (zbliżeniowe lub zwykłe) nie są tu normą, jak to ma miejsce w PL.

  3. Przepraszam, że tutaj to pisze, ale nie mam pojęcia gdzie mogę o to Ciebie zapytać.. Od jakiegoś czasu jestem w Osace, masz może pojęcie w jakim sklepie kupie w 100% oryginalne perfumy? Słyszałaś może o sklepie Loft i orientujesz się czy może tam dostanę oryginalne perfumy i inne kosmetyki? Z góry bardzo dziękuję 😉

    1. Jakich perfum i kosmetyków szukasz dokładnie? Luksusowe marki takie jak Dior, Chanel itd. znajdziesz w każdym domu handlowym (jap. デパート, depāto). Nie jestem pewna jak jest w Osace, ale w Tokio w wielu miejscach są oryginalne butiki tych marek, lub stoiska w budynkach większych stacji. Perfumy znajdziesz też w butikach koreańskich marek (np. Missha, Etude House). Loft natomiast to taki wielki sklep (w Tokio ma aż siedem pięter), w którym znajdziesz generalnie wszystko – od papeterii,pocztówek, naklejek, albumów, przyborów do pisania, przez artykuły gospodarstwa domowego, dekoracje, zabawki, zegarki itd. Mają tu również dział kosmetyczny, w którym znajdziesz kosmetyki z importu czy ekologiczne, ale raczej mniej znane marki (przynajmniej dla mnie większość była nieznana). Nie jestem pewna czy mają perfumy, bo nie zwróciłam uwagi, ale chyba widziałam jakieś wody toaletowe. Napisz dokładnie czego szukasz, to będzie mi łatwiej coś doradzić :)

      1. Chodzi mi dokładnie o perfumy Diora. Jest tutaj butik Diora, ale zapewne zapłacę więcej niż w drogerii, także liczę na Twoją pomoc 😉 A jeśli chodzi o kosmetyki to chciałabym kupić szminkę i paletę cieni, nie mam pojęcia jakiej marki, może mogłabyś mi coś polecić?

        1. Nie widziałam tu nigdy markowych perfum w zwykłych drogeriach. Czasem zdarzają się oryginalne perfumy w sklepach Don Quijote w niższych cenach niż w butikach, ale wybór jest raczej ograniczony, chociaż czasem można naprawdę trafić świetne okazje. Ale jeśli chodzi o sklepy stacjonarne, to chyba będą jedyne opcje. Możesz też rozejrzeć się za okazjami w sieci – polecono mi kiedyś stronę StrawberryNET, ale sama nigdy nic u nich nie zamawiałam. Co do kosmetyków kolorowych, to bardzo lubię marki koreańskie (Missha, Skinfood), z japońskich mogę polecić Kate lub serię Shiseido Prior, która jest co prawda pomyślana dla pań w wieku 50+, ale ja nie mam z tym problemu 😀 .

          1. Jeżeli uda mi się znaleźć w Don Quijote perfumy Diora to mogę spokojnie brać i być pewna, że to oryginały? A jeżeli już tam nie będzie to wybieram się do butiku 😉 Ja również bardzo lubię Skinfood! Dziękuję za pomoc 😉

  4. Uśmiałam się z „ostatniej chwili”:))) To przyznam, że nie przypuszczałam, że tam też taka biurokracja, jednak szczególnie zaskoczyło mnie, że w niektórych bankomatach po 23 nie można wypłacić pieniędzy i nie zawsze można zapłacić kartą…

    1. Utknęliśmy kiedyś na drugim końcu Tokio, bo nie mieliśmy gotówki na bilet do domu, a bankomaty odmówiły współpracy. I musieliśmy czekać do rana 😉

  5. Dopiero nadrabiam zaległości u Ciebie. Uwielbiam takie wpisy, czyli kawa na ławę o realiach, naprawdę czasem można się zdziwić jak wygodny turystycznie kraj może być udręką dla kogoś mieszkającego na stałę :) Co ciekawe, wygląda na to, że w Japonii nic się nie zmieniło od ponad 25 lat, bo bardzo podobne kwestie poruszał w swoich reportażach jeszcze z końcówki lat 80 Terzani. Japończycy w przeciwieństwie do Koreańczyków najwyraźniej nie hołdują zasadzie, że jak nie biegniesz to stoisz w miejscu, a jak stoisz w miejscu to się cofasz :]

  6. Walesa dawno temu zapowiadał: Polska drugą Japonią… może chłop wiedział co mówi i miał na myśli co innego niż wszyscy wokół. Aż dziw bierze jak oni zbudowali ten swój dobrobyt.

  7. Japońskie ruru mogą doprowadzać do szału, ale jeśli ktokolwiek miał styczność z polskimi ruru wobec cudzoziemców spoza Unii, to na pewno ma już siwe włosy. Ja np. mam, bo od 7 lat załatwiam wszystkie sprawy mojego męża. Najzabawniejsze jest wypracowanie „dlaczego chcesz być w Polsce” i w związku ogólną antyimigracyjną polityką, powód już nie może być błahy, ale naprawdę konkretny. Tzn. chcę wspierać Polskę moimi np. wysokimi podatkami już nie przejdzie.

    Nie ma możliwości komunikowania się po angielsku w urzędach, które załatwiają podstawowe dokumenty cudzoziemca, nawet jeśli nie zna on polskiego. Jeśli karta pobytu jest ważna tylko 89 dni, a w paszporcie jest pieczątka informująca o pozytywnie rozpatrzonym procesie wizowym, to jedynie legalizuje się pobyt, ale formalnie powoduje dokładnie takie same konsekwencje jak w przypadku opisywanym przez Ciebie [nie ma karty pobytu – nie ma dyskusji].

    Najlepsze zaczyna się przy zameldowaniu. Prawie nikt w naszym kraju nie chce zameldowywać cudzoziemca [zaszłości komunistyczne], a urząd wymaga potwierdzenia zameldowania, aby ubiegać się o kartę pobytu lub nową wizę 😀 Dlatego nie można mieszkać w dowolnym mieszkaniu, tylko takimi, którego właściciel zgadza się na meldunek 😀 A ilu się zgadza? Na 8 prób wynajęcia 3 lata temu, zgodził się tylko 1 – i mieszkaliśmy z boazerią, meblościanką i zsypem z karaluchami. Na szczęście ten problem już mamy z głowy, bo ja jako właścicielka naszego mieszkania [mój mąż nie może nim być dopóki nie uzyska zgody na posiadanie nieruchomości od polskiego MSW, nie zapłaci 1500-2000 za promossę i nie udowodni, że nie narusza obronności kraju i nie planuje działalności terrorystycznej – to nie żart], zgadzam się meldować u siebie własnego męża.

    Co więcej, załatwienie rat na rok czasu na aparat fotograficzny przy wizie ważnej 3 lata i umowie na czas NIEOKREŚLONY zajęło nam kilka dni [składaliśmy np. oświadczenie o niekaralności i niezaleganiu z podatkiem], a udało się tylko dlatego, że sprzedawca stanął na głowie, aby nam pomóc [bo to był jego własny sklep, w sieciówce – zapomnij].

    Jeśli chodzi o banki. Każdy może sobie otworzyć konto przez internet za wyjątkiem cudzoziemca spoza Unii – ten musi się stawić z paszportem lub innym dokumentem stwierdzającym tożsamość, w celu jej potwierdzenia na miejscu. Dodatkowo jeśli ten dokument się zmienia – a karta pobytu zawsze się zmienia wraz z nową wizą – to za każdym razem trzeba z tym dokumentem przyjść i go zarejestrować [nie przez Internet, ale osobiście, w celu ponownego potwierdzenia tożsamości]. Także jeśli zarejestrowany był paszport, a przyjdziemy z kartą pobytu [lub odwrotnie] NIKT nas nie obsłuży.

    Przeboje z podpisami? Mój mąż rysuje krzaczki na przelewie, a Pani do niego mówi, że ten podpis nie jest zgodny z tym, co ona widzi w paszporcie. Kiedy w końcu narysuje idealnie identycznie, wtedy Pani poogląda krzaczki je z każdej strony i wyda opinię, czy podpis ją zadowala, czy też jest do poprawy.

    O skarbówce nie wspomnę, bo to jest temat rzeka.

    Także uroki emigracji w Polsce i w Japonii są podobne. Nie zna się ich, dopóki się ich nie doświadczy. Przyznam się, że nie sądziłam, że życie w Europie może być trudne 😉 Na pewno w Zachodniej Europie jest trochę łatwiej, ale nie mam porównania, bo jestem obywatelką Unii.

    Mój mąż mi podpowiada, że to wszystko, o czym napisałaś na temat np. banków jest uciążliwe i równie absurdalne dla Japończyków, którzy mieli styczność z innymi systemami funkcjonowania w społeczeństwie, ale ci, którzy nie mają porównania, raczej nie narzekają, bo nie wiedzą [albo nie chcą wiedzieć, bo to przecież komplikacja ustalonych zasad], że są inne możliwości. Sprowadza się do wspomnianego przez Ciebie średniowiecza.

    Co do głośników – może pomyślcie o zmianie mieszkania, jak skończy się Wam umowa [chociaż może to nie jest dobry pomysł ze względu na formalne piekło], bo na szczęście są miejsca wolne od takich idiotyzmów. W naszej rodzinie i wśród przyjaciół nie ma takich absurdalnym „gadżetów”, w ogóle po raz pierwszy z czymś takim się spotykamy. Może to Wasze mieszkanie jest „komunalne” czy „firmowe” coś w tym stylu? Bo to by jakoś się tłumaczyło, ale tak normalnie?

    Wydaje mi się, że my zagraniczni – dotyczy to również mnie – za bardzo wymagamy od naszych nowych miejsc zamieszkania, aby były takie, na jakie wyglądają lub jak je sobie wyobrażamy. Rzeczywistość zazwyczaj jest inna. Trzeba to przyjąć z dobrocią inwentarza albo inwestować w farby kryjące siwiznę lub walerianę na sen 😉

    Proszę o wybaczenie, że się rozpisałam, ale też chciałam się podzielić żalami 😀

    1. Masz rację, nikt nigdy nie zastanawia się nad różnymi biurokracyjnymi absurdami obowiązującymi we własnym kraju, bo po prostu ich nie doświadcza. Części opisanych przez Ciebie problemów doświadczyłam w Holandii, gdy podjęłam tam studia zanim Polska przystąpiła do Unii. To była droga przez mękę, serio. Nie mogłam otworzyć konta studenckiego, które jest bezpłatne, bo Holandia za studenta uznaje kogoś, kto otrzymuje państwowe stypendium (nie wiem już jak jest teraz, ale wtedy to najbardziej podstawowe stypendium przysługiwało wszystkim holenderskim studtentom, cudzoziemcom oczywiście nie), studia trwały cztery lata, ale wizę studencką przyznawano na rok, studia były platne, a w wypadku usunięcia z listy studentów, nikt oczywiście nie zwracał już poniesionych kosztów. W połowie studiów doznałam zaszczytu usunięcia ze studiów z powodu cofnięcia wizy, szczęście w nieszczęściu, że stało się to na miesiąc przed wejściem Polski do Unii -przyjęto mnie po miesiącu na nowych zasadach, zaliczono mi wszystkie kursy i egzaminy, zwrócono nawet część czesnego. Były bardzo upokarzające spotkania w urzędach imigracyjnych i wymuszanie podpisów pod deklaracjami typu: „Nigdy nie wystąpię o zasiłek socjalny w Holandii” lub „Po ukończeniu studiów opuszczę Holandię”, co pół roku prześwietlanie płuc itd. Wiem więc jak w Europie traktuje się ludzi spoza Unii, bo sama tego niestety doświadczyłam. Dla nas Polaków zmieniło się wszystko, ale domyślam się, że bardzo niewiele się zmieniło w podejściu do ludzi spoza Unii i mogę jedynie szczerze współczuć. Wyobrażam sobie jaki to stres, ale najważniejsze, że sobie z tym wszystkim radzicie :)

      Nasze mieszkanie w Tokio jest faktycznie subsydiowane, a całe osiedle zarządzane jak akademik. Mieszkają tu tylko studenci i pracownicy naukowi, ale niedługo zmieniamy mieszkanie i mamy nadzieję, że w tym nowym będzie lepiej 😉 Chociaż na pewno będzie mniejsze i droższe, ale cóż, uroki mieszkania w Tokio.

      Masz rację, że pewnie za dużo oczekujemy, na początku nawet nie zauważaliśmy tych wszystkich absurdów, ale im dłużej tu jesteśmy, tym więcej nam rzeczy przeszkadza. Nie wiem dlaczego. Na szczęście mamy stałe dostawy melisy z Polski i jakoś sobie radzimy :)

      Pozdrawiam serdecznie i powodzenia z polską biurokracją :)

Odpowiedz na „MaikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Strona korzysta z plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka prywatności.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close